środa, 6 stycznia 2010

Wściekła Sowa

(tytuł przyszedł mi do głowy tuż przed dotarciem do celu, kiedy myślałem, że ta cholerna droga na szczyt nigdy się nie skończy... ale po kolei)



O 6:00 mama, zgodnie z moją prośbą, zapala mi światło w pokoju. Słyszę trzask przepalanej żarówki. Ciemność. Zmuszam się do wstania, mam niewiele czasu. Poprzedniego wieczoru położyłem się spać, zamiast się spakować i przeanalizować raz jeszcze czekającą mnie trasę. Teraz biorę się za to wszystko, próbując w międzyczasie zjeść jakieś śniadanie.

Jako że przypadła mi rola lidera grupy, nie mogę się spóźnić na zbiórkę. Spoglądam na zegarek. Co to? Jeszcze tak wcześnie? Nie, to tylko bateria padła. Udany początek, nie ma co...


Wrocławski Rynek, 19 grudnia 2009, godzina 8:00, temperatura -12,5 st.C




Jakimś cudem docieram pod Empik w miarę punktualnie. Michał i jego siostra Kasia pojawiają się kilka minut później. Nie czekamy już na nikogo. Chociaż udział w marszu deklarowało wiele osób, pozostało nas troje. Jak się okazało, cała nasza trójka to fizycy :-D

Miejsce startu: Empik, Wrocławski Rynek


Wychodzimy z miasta, kierując się na Muchobór Wielki, gdzie zaczyna się niebieski szlak na Ślężę. Robimy tam pierwszy postój, delektując się gorącą herbatą.

Może nie wyglądamy na ekipę hardkorowców... ale to tylko pozory

Pokonywanie trasy przychodzi nam bez żadnych problemów. Jest piękna pogoda, skrzypiący mróz sprawia, że jest sucho i czysto. Nie dzieje się nic ciekawego, poza tym, że po przejściu przez Smolec skręcamy niepotrzebnie na Pietrzykowice i musimy się wrócić kilkaset metrów do ulicy Ogrodowej.



Po przejściu kładką nad autostradą A4 stwierdzamy, że można skrócić sobie kawałek trasy przechodząc na przełaj przez pole. Tym sposobem omijamy Różaniec i dopiero w budce przystankowej robimy następny postój.



Po szybkim posiłku odmawiamy nieco spóźniony Anioł Pański i ruszamy dalej. Jest zimno, więc trzeba iść, żeby nie marznąć.


Droga przez pola






W Krobielowicach zatrzymujemy się na chwilę przy mauzoleum Bluchnera, żeby zrobić sobie z nim zdjęcie. Czekający nas odcinek jest jednym z ciekawszych, po przejściu przez bramę i obok pałacu szlak wiedzie najpierw lasem, następnie polną drogą.

W Zachowicach przechodzimy tuż obok uroczystego konduktu pogrzebowego. Nie jestem przesądny, ale nie napawa to optymizmem. Uświadamiam sobie, że nasza wyprawa wiąże się jednak z pewnym ryzykiem - w tej chwili jest jeszcze ok, ale po przejściu 50 czy 60 km możemy czuć się już znacznie gorzej, a i temperatura w nocy będzie z pewnością znacznie niższa.

Przechodząc przez wzniesienie tuż przed Siedlakowicami spodziewałem się, że zobaczymy nasz cel 1/2 - Ślężę. Niestety, wiszące w powietrzu kryształki lodu ograniczały widoczność, rozpraszając przy okazji niebieską część światła widzialnego, dzięki czemu niebo nabierało z każdą chwilą różowo-czerwonych barw.

Widok na Ślężę (właściwie: brak widoku)


W Siedlakowicach podjęliśmy decyzję, aby nie skracać trasy idąc poboczem bardzo ruchliwej szosy nr 35. Poszliśmy szlakiem, przez Kryształowice i Stary Zamek. W tym miejscu niewiele brakowało, a byśmy zabłądzili.

Uratowała nas intuicja Kasi, która oddaliła się we właściwym kierunku i odnalazła szlak, który o dziwo przechodził przez czyjąś posiadłość.

Zaraz potem trzeba było przejść nad strumieniem przez rozpadającą się kładkę.

"Most Śmierci" :-D prosto z "Indiany Jonesa"

Zanim dotarliśmy do Rogowa Sobóckiego, zapadł zmrok. Uzbrojeni w czołówki, szliśmy poboczem, aż wreszcie ukazała się tablica z napisem "Sobótka", co oznaczało symbolicznie mniej więcej połowę trasy.

Zaproponowałem zrobienie zdjęcia z tablicą. W tym momencie Michał poinformował mnie, że w Sobótce on i Kasia kończą swoją wędrówkę.

Pożegnaliśmy się na dworcu autobusowym. Michał przekazał mi swój termos z herbatą.

66 % uczestników wraca do Wrocławia

Po odjeździe autobusu nie traciłem czasu - Ślęża czekała na zdobycie. Pewna Pani czekająca na swój autobus ostrzegła mnie przed dzikami, których ogromne ilości pojawiły się ostatnio na Ślęży.
Wchodząc na górę czerwonym szlakiem, rzeczywiście słyszałem jakieś zwierzęta kryjące się w ciemnościach. Nic mnie na szczęście nie zaatakowało.

Jak człowiek zostaje w nocy sam w ciemnym lesie, zaczyna słyszeć głosy.. :-D

Im wyżej, tym piękniejsza była droga wiodąca na szczyt. Ścieżkę ze wszystkich stron otaczały oszronione gałęzie. Miałem wrażenie, że przeniosłem się do Narnii pod panowaniem Królowej Śniegu.

Czerwony szlak na Ślężę - jakby kto ciekły azot wylał...

Miałem nadzieję wejść na chwilę do schroniska i coś zjeść. Było czynne do 20:00. Ponieważ zegarek nie działał, włączyłem komórkę, żeby sprawdzić godzinę. Była 20:05. Zadzwoniłem do drzwi. Po kilku minutach pani ze schroniska wpuściła mnie do środka. Nie była specjalnie zachwycona. Widząc to, powiedziałem, że wejdę tylko żeby zmienić skarpetki.

Tak jak się obawiałem, moje stopy były w dość kiepskim stanie - pomarszczona skóra i pęcherze, jeden na drugim. Miałem idealnie wodoszczelne buty - niestety, działało to w obie strony.

Wychodząc, dowiedziałem się od pani ze schroniska, że na zewnątrz jest -18 stopni.

Kiedy już zamknęła za mną drzwi, uznałem, że powinienem był jednak zachować się bezczelnie i zostać w środku, żeby zjeść kolację. Zamiast tego usiadłem na schodach i zacząłem sprawdzać, co nadaje się do zjedzenia.

Niestety, większość prowiantu zamarzła. Wiedziałem o tym już wcześniej, dlatego przed wejściem na Ślężę umieściłem puszkę z sałatką rybną i ser w plasterkach tuż przy ciele, aby je rozmrozić. Częściowo się to udało, jednak sałatka była wciąż potwornie zimna.

Danie wieczoru - lody o smaku makreli

Zjadłem kilka takich lodowatych kanapek, z każdą chwilą coraz bardziej trzęsąc się z zimna. Sądziłem, że herbata też będzie już co najwyżej letnia. Ku mojemu zaskoczeniu, termos Michała trzymał ciepło tak dobrze, że w środku był jeszcze niemal wrzątek! Z rozkoszą wypiłem dwa kubeczki, jeden po drugim.

Pomyślałem sobie, że gdyby Michał i Kasia nie zrezygnowali, z całą pewnością zabrakłoby nam nie tyle gorącej herbaty, co w ogóle czegokolwiek do picia - woda mineralna w butelce zamarzła w 100% objętości.

Po kolacji ruszyłem na wieżę widokową. Na szczęście nie było wiatru. Widoków na Wrocław też nie było, ale mi wystarczyło zdjęcie na tle masztu radiowego.




Cel 1/2 osiągnięty :-)


Zszedłem na przełęcz Tąpadłą, a stamtąd ruszyłem żółtym szlakiem do Kiełczyna. Ten odcinek był prawdziwym rajdem na orientację - trasa prowadziła przez las i była mocno pokręcona. Był moment, kiedy musiałem przeskoczyć przez strumień, aby przekonać się, że ciąg dalszy szlaku faktycznie znajduje się po drugiej stronie.

Starałem się bardzo uważnie analizować mapę. Dzięki temu tylko raz trochę zabłądziłem. Zmyliły mnie ślady pozostawione przez samochód. Sądziłem, że trzymając się ich na pewno dotrę przynajmniej do asfaltu. Okazało się, że ślady wyprowadziły mnie na jakąś polanę, gdzie zamykały się w pętlę.

Wkrótce przekonałem się, kto zostawia te ślady. Jakiś zwariowany kierowca szalał maluchem po polnych i leśnych drogach. Pewnie zmodyfikował silnik i teraz testował jego możliwości. Jeden raz zobaczyłem go z bliska, jak przemknął tuż obok mnie - było to nieco przerażające, gdyż szyby samochodu były całkowicie zaparowane i rozświetlone od wewnątrz. Wyglądał jak jakiś maluch-widmo bez żadnego człowieka w środku :-D

Wydostałem się wreszcie na asfaltową szosę. I tu spotkała mnie dość nieprzyjemna przygoda. Dwa razy zatrzymali się przy mnie kierowcy, zdziwieni obecnością człowieka z lampą w takim miejscu i o takiej godzinie. Ktoś z was może myśli sobie: "No proszę. Polscy kierowcy to jednak pomocni ludzie." Hmm, ciekawe...
Moja rozmowa z drugim samochodem brzmiała mniej więcej tak:
- Hej, kolego! Wszystko w porządku? Może cię gdzieś podrzucić?
- Nie, dzięki, nie trzeba. Wszystko ok!
- A zaje**ć ci, cwelu? Co? Zaje**ć ci?
Na szczęście kierowcy mocni są tylko w gębie, zwłaszcza przy takim mrozie.

Droga przez Kłęczyn, Tuszyn i Włóki ciągnęła się monotonnie aż do zakrętu na miejscowość Nowizna. Zakręt był łatwy do przeoczenia, jednak rozpoznałem go, powracając myślami do zeszłorocznej wyprawy, która wiodła tą samą trasą.

Cicha noc, mroźna noc...

Zatrzymałem się na chwilę pod wiatą przystankową, podziwiając piękno kryształków lodu osiadłych na szybie. Za mostem na lewo i na prawo wiodła oświetlona droga. W chwili, gdy się tam zatrzymałem, pojawił się na niej królik, który chwilę później zniknął. Można powiedzieć, że poszedłem za królikiem - minąwszy budynki dawnego PGRu, zniknąłem w ciemnościach.

Przez chwilę myślałem, że to tzw. dewitryfikacja szkła, czyli odszklenie w niskiej temperaturze. Czyżby był aż taki mróz?!

Dość długo szedłem idealnie prostą polną drogą, aż wyrosło przede mną ogrodzenie. Skręciłem w prawo i ścieżką między krzakami wydostałem się na ulicę w Bartoszowie. Stąd znów ruszyłem przez pola, idąc drogą równolegle do miejscowości Piskorzów.

Na tym etapie było już naprawdę ciężko. Wbrew temu, czego się spodziewałem, to nie mróz był największym problemem. Największy ból sprawiały stopy. Każdy krok był istną torturą - miałem uczucie, jakby w skórę wbijały mi się dziesiątki igieł. Każda nierówność, na której postawiłem stopę, powodowała, że zbliżałem się do obłędu.

Ból zmusił mnie do postoju na środku pola. W tym miejscu omal nie straciłem mojego źródła światła. Posługiwałem się tandetną lampką, która miała dwa ruchome elementy: wyłącznik i uchwyt - i oba te elementy odpadały. Podczas postoju pokrętło wyłącznika wpadło do śniegu. Przez kilka minut szukałem go po ciemku, gdyż lampka zgasła. Udało się - od tej pory trzymałem go w kieszeni.

Po wyjściu z polnej drogi ukryłem się na chwilę w budce przystankowej w Piskorzowie. Włączyłem komórkę - godzina 4:00! Sądziłem, że jest co najwyżej 2:00.

Świadomość bliskości celu sprawiła, że poczułem przypływ energii. Na odcinku przed Rościszowem ból i zmęczenie prawie zniknęły.





Ten widok zadziałał lepiej od RedBulla

W Rościszowie minął mnie z naprzeciwka pierwszy autobus do Dzierżoniowa. To oznaczało, że było już po piątej.

Minąłem pensjonat "Magda". Planowałem już od dłuższego czasu, że wejdę do środka, aby odpocząć nie martwiąc się, że zamarznę. Niespodziewanie dla samego siebie, ruszyłem dalej.



Ciepły pokoik, miękki dywanik, gorąca herbatka... e tam, może kiedy indziej

I oto wkraczam na zielony szlak.

Wchodzenie pod górkę było potwornie bolesne. Posuwałem się bardzo powoli, jak człowiek, który bosymi stopami próbuje przejść po rozsypanych pinezkach. Za to droga była przepiękna, znacznie piękniejsza niż na Ślęży. Aż trudno było uwierzyć, że drzewa są w stanie przyjąć na siebie tak grubą warstwę szronu.

Na szczyt mogłem pójść szlakiem żółtym, czerwonym albo niebieskim. Oczywiście, wybrałem najgorszy z nich...

Niebieski szlak: paskudnie stromy, a do tego zasypany śniegiem.

Właziłem na górę, stawiając nogi na czyichś śladach, a tymczasem robiło się coraz jaśniej. Ból zaczynał doprowadzać mnie do szału.


Jak to możliwe, że tyle wchodzę, a końca ciągle nie widać?! A w dodatku jest już dzień! Zaraz miną 24 godziny od rozpoczęcia wyprawy, a ja mam jeszcze taki kawał pod górę!?


Mroźny świt


Wkurzyłem się. Zacząłem prawie biec, nie zwracając uwagi na stan moich nóg.

Człowiek, który zostawił ślady, musiał dość dobrze znać trasę, gdyż cały czas widziałem oznakowania szlaku. Niestety, tuż przed szczytem, w gęstym labiryncie małych choinek, gdzie warstwa śniegu sięgała powyżej pasa, jego droga przypominała random-walk.

Wydawało mi się, że brnąłem w tym śniegu całe wieki. Kiedy wreszcie ukazała się wieża, myślałem, że oszaleję z radości. Kilka minut później dotarłem do celu.

Cel ukazał się o godzinie 8:22 - dokładnie 24 godziny i 11 minut od momentu rozpoczęcia wyprawy.

Ku mojemu zaskoczeniu, było dosyć ciepło: jakieś -5 stopni (spodziewałem się, że na szczycie będzie przynajmniej -25). W dodatku prawie nie było wiatru. Usiadłem pod wiatą, aby odpocząć i napawać się swoim sukcesem. Założyłem ostatnią parę suchych skarpet i sprawdziłem godzinę - okazało się, że sukces był niestety tylko częściowy - nie zmieściłem się w 24 godzinach - ale nie zabrakło wiele.

Skoro szedłem tu już taki kawał, postanowiłem, że zrobię sobie hardkorowe zdjęcie na przysłowiową naszą-klasę - A CO?! :-D


I tak będę chory, więc co mi tam...


Przez chwilę po głowie krążył mi pomysł, aby rozpalić ogień w palenisku i trochę się ogrzać, a przy okazji roztopić wodę mineralną. Na szczęście szybko się opamiętałem i ruszyłem w drogę powrotną, tym razem przez żółty szlak.

Na szlaku było po kolana sypkiego, puszystego śniegu - wymarzone warunki dla kogoś, kto ma uszkodzone podeszwy. Czułem się, jakbym stąpał po czerwonym dywanie :-) To nie sprawiło jednak, że posuwałem się szybciej - mój krok przypominał raczej krok pingwina.

Dokoła było tak cudnie, że bez przerwy zadzierałem głowę, aby podziwiać arcydzieła stworzone przez mróz. Dzień zaczynał się słoneczny, a krótkie powiewy wiatru co chwila wywoływały lawiny śnieżnego pyłu, spadające z koron drzew.

W związku z tym przeżyłem również chwile grozy - znalazłem się w strefie skrzypiących gałęzi. Wydawały taki dźwięk, jakby w każdej chwili miały pęknąć pod ciężarem śniegu i spaść wprost na moją głowę. Jedno miejsce nawet przebiegłem, tak byłem przestraszony (a w tamtym momencie niewiele było rzeczy, które zmusiłyby mnie do biegu).

Na przystanek autobusowy w Rościszowie dotarłem kilka minut po godzinie 12. O 12:17 zabrał mnie autobus do Dzierżoniowa, a w Dzierżoniowie na dworcu PKS przechwycił mnie bus, którym do Wrocławia dotarłem około 14:30. Prawie nie pamiętam tej podróży, gdyż natychmiast po usadowieniu się w fotelu zasnąłem. Wiem jedynie tyle, że jakaś pani wiozła zapakowaną w prezencie laleczkę, która przy każdym wstrząsie wybuchała śmiechem, a pozostali pasażerowie dostawali od tego szału. Mi ta śmiejąca się laleczka nie przeszkadzała w ogóle :-)

Po powrocie przyszło mi tą wyprawę odchorować... Ale nie żałuję.

Kilka spostrzeżeń odnośnie odporności prowiantu na mróz:

Czego na przyszłość nie zabierać?
- wody mineralnej - chyba że ktoś chce nieść w plecaku pół kilo lodu jako dodatkowy balast
- napojów energetyzujących w puszce - podobnie
- konserw rybnych, serów - da się co prawda zjeść, ale jest to bardzo nieprzyjemne

Co się sprawdziło?
- chałwa! - to odkrycie roku: nie zamarza, a daje takiego kopa, że czekolada to przy tym kalafior
- gorąca, posłodzona herbata w termosie - jeśli następnym razem też będzie taki mróz, każdy uczestnik musi mieć co najmniej trzy termosy herbaty
- żelki - na mrozie zmieniają się w orzeźwiające cukierki
- wafelki - najlepiej na wagę, w dużych ilościach - doskonale sprawdzają się jako zapychacz zamiast chleba.

Trudno powiedzieć...
- czekolada i batoniki - nawet nie próbowałem rozpakowywać... ale pewnie jak ktoś ma mocne zęby, to da radę
- chleb - w czasie całej wyprawy zjadłem kilka kromek. Okazało się, że zamarza, ale stopniowo i na początku tylko powierzchownie.

Sopel Beskidu. 100% lodu... :+]

3 komentarze:

Unknown pisze...

Brać wodę mineralną na mróz to dziwny pomysł.

Czekolada daje radę ale faktycznie trzeba mieć mocne zęby. Według mnie czekolada + gorąca herbata to najlepsza konfiguracja. Jesz powoli, mocząc jak herbatnik w czekoladzie, lub rozkoszujesz się gdy powoli rozpływa się w ustach z herbatą. Herbatniki też zresztą są ok - są suche i nie zamarzają.

Jako zapychacz muszę kiedyś wypróbować wafle ryżowe. Też powinny być niewrażliwe na zimno.

Według mnie w zimie najgorsze jest 1)zapadanie się w śniegu gdy jest go powyżej kolan i 2) gdy wiatr wali ci w twarz kawałkami lodu. Odnośnie pierwszego chyba sobie sprawię jakieś rakiety, a co do drugiego może gogle narciarskie będą dawać radę.

Ale taka wyprawa w zimie to i tak znacznie wyżej niż mój poziom wytrwałości więc chylę czoła.

Floydianka pisze...

Chylę czoła przed bohaterem! Ciągle zadziwiasz swoją wytrzymałością i odpornością! Dal mnie pewnie jednym z największych problemów byłaby samotność podczas takiej wyprawy, ale Ty dałeś radę! Po prostu... wielki "szacun"! Pozdrawiam! :)

PS. Relacja świetnie napisana - czyta się to jednym tchem!

itineris pisze...

Najbardziej zasmucili mnie przedstawieni kierowcy...
Poza tym świetna relacja!
We Wrocławiu sypie śniegiem, aż chciałoby się wyskoczyć na skitourową wycieczkę w g. Sowie:)