czwartek, 6 listopada 2008

Harpagan-36



Witam

Na wstępie zaznaczę, że aż do tego momentu nie zdarzyło mi się spisywać wspomnień z jakiejkolwiek wyprawy (a brałem już udział w wielu). Dla Harpagana postanowiłem zrobić wyjątek, po pierwsze dlatego, że jest to najbardziej ekstremalna impreza, w której jak dotąd uczestniczyłem, a po drugie – chciałbym stworzyć pewne wyobrażenie o tego typu rajdach osobom, które nie miały jeszcze z nimi kontaktu.

Osobiście traktuję Harpagana, jak również Setkę z Hakiem, jako szczególne wyzwanie. Uczestnik staje do walki z najpotężniejszymi wrogami rodzaju ludzkiego: z czasem i przestrzenią. Bo jak inaczej określić próbę pokonania dystansu 100 kilometrów w czasie 24 godzin, polegając wyłącznie na własnych nogach?

Jest to walka, która niezależnie od swojego wyniku daje ogromną satysfakcję. Z drugiej strony tytaniczny wysiłek połączony z koniecznością znoszenia niewyobrażalnego bólu, trwającego nierzadko wiele godzin, odciska głębokie piętno u samych fundamentów psychiki. Po każdym takim rajdzie niewielka cząstka osobowości umiera bezpowrotnie i człowiek już nigdy nie jest taki sam jak wcześniej. Efekt ten odczułem szczególnie mocno po Harpaganie, w którym brałem udział wczoraj – stanowiąc przez większość trasy jednoosobową ekipę.

Cała przygoda rozpoczęła się oczywiście od dojazdu na punkt startowy. Już samo to jest nieco uciążliwe, szczególnie, gdy mieszka się we Wrocławiu, a rajd odbywa się w okolicach Gdańska – trzeba tłuc się przez pół kraju i zmarnować na to cały dzień. Musiałem urwać się z zajęć na Uniwerku, pozwalając kartkówce z teorii zbiorów, żeby napisała się sama.

Poprzedniego dnia – standardowe czynności: zakup prowiantu (góra słodyczy za blisko 60zł), pakowanie tobołka, drukowanie instrukcji do czekających mnie w poniedziałek ćwiczeń laboratoryjnych oraz kilkugodzinna dyskusja przez gg z przyjacielem Krzysiem K, który do ostatniej chwili rozważał swój udział. Takich decyzji nie można jednak podejmować na dobę przed startem, szczególnie, gdy ma się w tym samym czasie wiele ważnych spraw do załatwienia – i to spraw, od których zależy przyszłość. W tej sytuacji nie mogłem Krzysia do niczego namawiać.
Z Wrocławia wyjechałem około pół do dziewiątej rano. Gdy w Lęborku przesiadałem się na autobus do Sierakowic, było już ciemno.

Klimatyczny przejazd ciemnym autobusem, następnie wysiadka – i pierwszy trening orientacji w terenie – odnalezienie gimnazjum, w którym urządzono punkt startowy. A tam – swojski widok: kilkuset uczestników z plecakami, rozłożeni na karimatach na całej powierzchni sali gimnastycznej, w znacznej części profesjonaliści w specjalnych kombinezonach do biegania, ze specjalnym sprzętem. I ja wśród nich, jak ostatni amator.

Rozłożyłem tobołki w celu przepakowania: mały plecaczek w drogę, duży ze śpiworem i karimatą – do przechowalni, następnie wypełniłem kartonik do perforacji. Padło ogłoszenie, że mapy jadą dopiero z drukarni i start został przesunięty o pół godziny. Postanowiłem się chwilę zrelaksować. W międzyczasie usłyszałem, że na zewnątrz leje.

Gdy wysypywaliśmy się całą chmarą na boisko, deszcz znikł, jakby kto kurek zakręcił. Rozdano mapy i rozpoczęło się głośne odliczanie do 21:30.

A potem był już tylko owczy pęd. Ruszyłem wraz z pierwszą falą świetlistego pochodu, nie zastanawiając się nawet, w którym kierunku należy iść. Nie wiadomo czemu, zaczęliśmy wszyscy biec, jakbyśmy się ścigali do mety oddalonej o 100 metrów – niepojęta jest psychologia tłumu.


Podobno widok naszej procesji wywarł spore wrażenie na mieszkańcach Sierakowic. Jakiś zachwycony przechodzień wykrzykiwał: „Nikt wam nie podskoczy!”

Po kilkunastu minutach asfaltu i chodnika odbiłem wraz z grupką uczestników w prawo, na nieutwardzoną drogę pokrytą opadłymi liśćmi i wysoką trawą – oczywiście, mokrą po deszczu, który dopiero co ustał. Wkroczyliśmy w las.

Wbrew temu, czego się spodziewałem, daleko mi było do osamotnienia. Praktycznie z każdym harpaganowcem można było pogadać jak z kumplem. Ponieważ w kwestii orientacji w terenie czułem się zupełnie nie w formie, postanowiłem na stałe przyłączyć się do jakiejś grupki, która sprawiałaby wrażenie zaprawionej w tym względzie.

Tak też zrobiłem, nieświadomie zsyłając na siebie męki, o których jeszcze długo nie zapomnę. Przyłączyłem się bowiem do czwórki sprinterów, startujących w trasie mieszanej. Ponieważ mieli przed sobą tylko 50 km piechotą (później 100km rowerem), nie oszczędzali się ani trochę.

Na początku naszej wspólnej wędrówki jeden z biegaczy, zaprawiony w boju starszy pan powiedział mi na powitanie „do zobaczenia!”. Ponieważ byłem w pełni sił, zaśmiałem się tylko i pobiegłem naprzód, wyprzedziłem ich i przez jakiś czas „prowadziłem”, zatrzymując się jedynie na rozwidleniach, aby usłyszeć werdykt odnośnie kierunku, który należy obrać.

Strategia, którą przyjąłem, sprawdzała się znakomicie. Biegacze, dysponując kolorowymi mapami i wyostrzonym zmysłem orientacji w terenie, trafiali bezbłędnie w każdy punkt, nie tracąc ani sekundy na szukanie drogi (jedynie przed czwartym punktem trochę pobłądziliśmy, ale strata tym spowodowana nie przekroczyła kilkunastu minut).

Zaliczaliśmy punkt za punktem z szybkością przyprawiającą o zawrót głowy – i ta szybkość okazała się dla mnie zgubą. Już po kilku kilometrach siły zaczynały mnie opuszczać. Dał o sobie znać brak kondycji, wynikający z tego, że od około miesiąca spędzałem czas niemal wyłącznie w pozycji siedzącej, czy to przy laptopie, czy na wykładach. Całkowity brak aktywności fizycznej i nagle ni stąd ni zowąd – wielogodzinny bieg.


Biegacze na szczęście też są tylko ludźmi, dlatego trucht nie trwał bez przerwy. Mniej więcej połowę tego czasu maszerowaliśmy. I kiedy maszerowaliśmy, było dobrze. Gdy jednak zaczynał się bieg, miałem okazję na własnej skórze przekonać się, jak to jest, gdy wypluwa się płuca, próbując za kimś nadążyć. A ja nie miałem wyjścia – doprowadziłem się do sytuacji, w której nie wiedziałem, gdzie jestem, z tego powodu nie mogłem pozwolić, aby moi towarzysze zniknęli mi z oczu.

Na początku zaczęły łapać mnie kolki, te z czasem przerodziły się w stan, który doznaniami przypominał ciężki zawał serca. Jeszcze nigdy nie czułem tak wyraźnie tego, że mój organizm po prostu nie wyrabia. Biegacze byli w świetnej kondycji, w dodatku cały sprzęt, który mieli ze sobą, w żaden sposób nie przeszkadzał im w biegu – w przeciwieństwie do mojego wypchanego kompletnie zbędnymi rzeczami, bezlitośnie kanciastego i podskakującego plecaczka, nie posiadającego nawet paska biodrowego dla stabilizacji.

W krótkim czasie wypociłem z siebie wszystko, co jako tako podtrzymywało moje funkcje życiowe, a ponieważ biegacze pokonywali biegiem dość spore odcinki, wkrótce do ogólnego zmęczenia dołączyło okrutne pragnienie. Aby się napić, musiałem się zatrzymać, zdjąć plecak i wyjąć butelkę – a na to nie było czasu, bo sprinterzy natychmiast znikali w ciemnościach. Goniąc za mrocznymi sylwetkami, ułożyłem prostą modlitwę: „Nie biegnijcie, błagam, nie biegnijcie...”
Wzniesienia, które pokonywaliśmy na swojej drodze, sprawiły, że szwankować zaczęły mięśnie. Co chwila łapały mnie skórcze, które, zaciskając zęby, próbowałem rozmasowywać w biegu.
Długo nie dawałem za wygraną. W pewnym momencie złapałem okazję na kilkusekundowy postój i wyjąłem pepsi. Oczywiście połowa napoju wydostała się na asfalt. Mimo to te kilka łyków dodało mi sił na następne kilometry.

Podsumowując ten etap rajdu: wraz z biegaczami zaliczyłem pierwsze cztery punkty kontrolne – w 4 godziny i 19 minut pokonaliśmy 26 kilometrów.

I wtedy nastąpił kryzys. Gdy moi towarzysze znów rozpoczęli bieg, złapał mnie skurcz tak rozległy, że nie mogłem ruszyć się z miejsca. Jeden z nich obejrzał się za mną, pytając, czy wszystko w porządku. Odkrzyknąłem, aby biegli dalej. Po kilku sekundach zniknęli mi z oczu, a ja, sparaliżowany, usunąłem się na bok, robiąc miejsce innym uczestnikom wychodzącym z czwartego punktu.

Chociaż miałem rewelacyjny czas – do mety mogłem podążać spacerkiem z efektywną szybkością 4km/h – wiedziałem już, że setki na pewno nie przejdę. Najzwyczajniej w świecie opadałem z sił.

Gdy skurcz minął, przyczepiłem się do jakiejś luźnej gromadki, upewniając się, że nie zamierzają biec. I w krótkim czasie zabłądziliśmy razem, pakując się w jakieś bagna. Zorientowałem się wówczas, że są uczestnicy, któych umiejętności orientacji w terenie nie są lepsze od moich. Postanowiłem więc odtąd polegać na sobie, jak przystało na prawdziwego harpaganowca.
Przy tym pierwszym zabłądzeniu straciłem cały czas, który zyskałem dzięki morderczemu tempu. Niestety, od tej pory błądziłem regularnie, tracąc cenne godziny i nadkładając kilometrów.

Zmierzając do piątego punktu, przy którymś z kolei rozwidleniu po przecięciu asfaltu wydało mi się, że jedna z dwóch możliwych dróg wiedzie wprost we właściwym kierunku, jednak urywa się w jakimś gospodarstwie. Podzieliłem się obawami z trójką uczestników, którzy akurat przechodzili – ci jednak poszli ową ścieżką. Nie chcąc przedzierać się przez ogrodzenia i narażać się na spotkanie z psami łańcuchowymi, zdecydowałem obejść gospodarstwo i wejść do lasu, w którym znajdował się punkt, od jego wschodniego skraju.

Droga wchodząca do lasu okazała się jednak znikać po kilku metrach. Wszedłem więc w następną – z mapy wynikało, że kończy się ona wśród bagien i tak było w istocie. Liczyłem na możliwość przedarcia się i to był błąd. Pół godziny błąkałem się, przeskakując z kępki na kępkę nad mętną otchłanią, starając się jednocześnie uchylać przed gałązkami. Ostatecznie wydostałem się z lasu tą samą drogą. Dzięki Bogu, wyszedłem z tego bez szwanku, straciłem jedynie ołówek, który musiał wypaść mi z ręki, gdy w ostatniej chwili powstrzymałem się przed zrobieniem kroku w bagienną topiel.

Wędrując wzdłuż lasu wschodnim skrajem dotarłem w końcu do pól – i tam skręciłem, decydując się uderzyć na punkt od północy. Wykonywałem idiotyczną spiralę, ale nie było już odwrotu. Oczywiście, wejścia do lasu broniły bajorka, i to takie, że nie sposób ich było przeskoczyć.
Wędrowałem północnym skrajem, dziwiąc się, że za drzewami tak dobrze widoczny jest rozświetlony czerwienią żelazny maszt, znajdujący się w miejscowości Stara Huta, położonej daleko na południu, po drugiej stronie lasu. W nocy ocena odległości jest złudna, o czym przekonałem się, kiedy wędrując już później polami, których wokół mnie być nie powinno, dotarłem do jakiejś wsi i pytając napotkanych tam harpaganowców, gdzie jesteśmy, usłyszałem: „Stara Huta”. Podobnego uczucia mógłby doznać chyba jedynie człowiek poddany teleportacji.
Uświadomiwszy sobie położenie, ruszyłem prosto na piątkę. Dotarcie tam, licząc od czwórki, zajęło mi 3 godziny, przy efektywnym dystansie między tymi punktami równym 9km.


Wcześniej, gdy wędrowałem wraz z ekipą biegaczy, podczas szaleńczych przepraw zarośniętymi leśnymi przecinkami pomimo wielkiej ostrożności wielokrotnie wpadałem po kostki w błotniste kałuże (niektórzy wpadali po kolana, a jednemu nawet zdjęło buta ;-). Zmieniłem skarpety raz, później stwierdziłem, że nie ma to sensu, bo mokre pułapki wciąż pojawiały się na drodze, postanowiłem więc wytrwać w dyskomforcie do końca pętli. Zamiast tego, robiąc sobie postój na punkcie nr 5, wykorzystałem czas na skromne śniadanie z bułki i kabanosa.

Przy okazji zorientowałem się, że w wyniku wstrząsów spowodowanych biegiem w moim prowiancie zapanował chaos – wszystko było unurzane w skondensowanym mleku, które wydostało się z dziurawej tubki. Wyjmując jedzenie, ubabrałem sobie nim ręce, spodnie i kurtkę. Z braku innych środków plamy wytarłem przemoczonymi skarpetkami z ostatniej zmiany, co jednak nie sprawiło, że dłonie stały się mniej lepiące. Przestałem w końcu zwracać uwagę na te drobiazgi i ruszyłem dalej.

W drodze na punkt 6 przeszedłem mostkiem ponad rzeką Łebą. Na widok tej nazwy dopadła mnie tęsknota za słoneczną plażą i zachciało mi się wydostać z tego strasznego miejsca, w którym teraz byłem – sam, w środku nocy, wykończony, obolały i brudny. Ale były to obce myśli, sprzeczne z moją naturą, o czym doskonale wiedziałem. Przy okazji oceniłem rzekę pod kątem spływu kajakowego... Byłby to z pewnością spływ pełen gałęzi ;-)

Punkt szósty znajdował się na skrzyżowaniu dwóch przecinek leśnych, których nie było. Mimo to wraz z grupą harpaganowców udało mi się go odnaleźć we w miarę rozsądnym czasie – a to wyłącznie dzięki jeziorku pośrodku lasu (Okumiewko).

Gdy wychodziłem z punktu 6, było już widno. W tym samym czasie z Wrocławia ruszała piesza pielgrzymka do Trzebnicy, w której wziąłbym udział, gdyby nie Harpagan. Pielgrzymi mieli do przejścia mniej więcej dwie trzecie tego, co ja miałem już w tej chwili w nogach.



Światło dnia odsłoniło cały urok jesieni, w pełni jaskrawości swych barw. Przypadkiem natrafiłem na miejsce, z którego roztaczał się wspaniały widok na dwa jeziora Kaszubskiego Parku Krajobrazowego, Potęgowskie i Kocenko, otoczone wzniesieniami porośniętymi kolorowym lasem. Zachwycała również świeżość porannego powietrza i ogólna czystość środowiska – rzadko zdarzało mi się widzieć las, którego dno na całej przestrzeni w zasięgu wzroku przykryte było dywanem mchu. Na punkcie widokowym odkryłem również zatrzęsienie dorodnych podgrzybków – oddałbym się bez reszty zbieraniu, nie dbając o czas, gdybym tylko miał je do czego schować.

Zgodnie z mapą następny punkt kontrolny był niedaleko – niestety, patrząc w linii prostej przecinającej jeziora. Aby dostać się na drugą stronę, trzeba było wycelować w mostek, łączący dwa brzegi na granicy jezior. Mapa sugerowała, aby podążać w kierunku wyznaczanym przez nieistniejącą przecinkę, co powinno zagwarantować dotarcie do drogi prowadzącej we właściwym kierunku. Niestety, wymagało to zejścia w dół zbocza o nachyleniu prawie 45 stopni, co oznaczało zabójczy wysiłek w razie konieczności odwrotu. Postanowiłem nie ryzykować i iść równolegle do brzegu, nie schodząc doń. Później okazało się, że ryzyko było wyjściem optymalnym – droga na dole istniała i łączyła się z drogą, którą poszedłem – niestety, jakieś półtora kilometra dalej. Tym sposobem straciłem kolejne pół godziny.

Po przejściu przez mostek postanowiłem, że od tej pory już nie zabłądzę. Ustaliłem trasę, wiodącą do bazy rajdu, przez ostatni punkt pętli, trasę, która prowadziła jedyną w okolicy, wyraźną leśną drogą. Trafiłem bezbłędnie. Jedynie po wyjściu z punktu odrobinę się zamotałem – na szczęście idąca z naprzeciwka i bardzo pewna siebie kilkunastoosobowa grupa skierowała mnie na właściwy tor i razem dotarliśmy na 50. kilometr. Niektórzy, pełni entuzjazmu wynikającego z perspektywy ciepłego posiłku, przechodzili w trucht. Próbując za nimi nadążyć stwierdziłem, że mięśnie ostatecznie odmówiły posłuszeństwa. Nie byłem już w stanie biegać. Kiedy dotarłem na miejsce, było około dziesiątej – co oznaczało, że drugą ćwiartkę setki pokonałem dwa razy wolniej niż pierwszą.


Rozkładając się na sali gimnastycznej, poruszałem się jak w zwolnionym tempie. Każdy ruch był źródłem rozpaczy dla obolałych mięśni. Najgorzej przedstawiała się sytuacja stóp – pod wpływem wilgoci kilka warstw naskórka zmarszczyło się i zaczynało oddzielać się od reszty ciała.

Po prowizorycznym opanowaniu rozlanego w plecaku mleka z tubki udałem się umyć ręce, a następnie na obiad, złożony z tradycyjnej grochówki z kawałkiem gotowanej kiełbachy. Całą drogę marzyłem o gorącej, posłodzonej herbacie, jednak odpuściłem sobie, gdy do stołówki wparowała chmara rozwrzeszczanych gimnazjalistów (skąd oni się tam wzięli w sobotę rano?!).

Wyruszyłem w dalszą drogę przed jedenastą. Nie czułem jakichś poważnych oporów, jedynym wyzwaniem było ponowne założenie przemoczonych, oblepionych błotem i trawą butów. Idąc na kolejny punkt, mijałem uczestników zdążających dopiero na koniec pętli. Życzyłem smacznego obiadu, a na pytania, czy robię drugą pętlę, zaprzeczałem mówiąc, że zgubiłem coś w lesie i teraz muszę się tam wrócić ;-D

Droga wiodła wśród pól – oczywiście, nie obyło się bez błądzenia, jednak szybko wróciłem na właściwy tor, tym łatwiej, że punkt nr 9, znajdował się przy dość sporym Jeziorze Kamienieckim, doskonale widocznym ze wzniesień, na których byłem.


Z kalkulacji wynikało, że utrzymując spacerowe tempo, które było w tym momencie maksimum moich możliwości, zdołam dotrzeć na 80. kilometr – i taki cel sobie postawiłem. Trasa na mapie wyglądała bardzo przejrzyście – zdawało się, że już nic ciekawego mnie nie spotka.

Po drodze, już za dziewiątką, wstąpiłem do wiejskiego sklepu, w którym sprzedawczyni plotkowała po kaszubsku ze starą babiną w chuście. Spytały mnie, o co chodzi z tym całym rajdem – widziały już dziesiątki dziwnie ubranych ludzi z czołówkami, plecakami i na rowerach, mijającymi ich w drodze do pracy. Zrobiło na nich spore wrażenie, gdy powiedziałem, na czym polega cała impreza.

Idąc na dziesiątkę kierowałem się dokładnie według założeń, które sobie ustaliłem. Niestety, mapa nie uwzględnia, że niektóre drogi przechodzą przez posesje opatrzone tabliczką „Teren prywatny. Wstęp wzbroniony!”. Niespecjalnie się tym przejąłem, jednak autor map musiał respektować tego typu ostrzeżenia, gdyż to, co działo się z drogami na tak zwanym „terenie prywatnym”, kompletnie nie zgadzało się z tym, co pokazywała mapa.

Wkrótce byłem zmuszony wypytywać o drogę do najbliższej miejscowości – Łyśniewa. Wieś owa wyłoniła się ze strony, z której w życiu bym się jej nie spodziewał. Od niej do skraju lasu, w którym znajdował się punkt 10, prowadziło kilka kilometrów utwardzonej szosy. Przebyłem je bez sensacji, przyjemnie zaskoczony tym, jak szybko się przemieszczam.

U wejścia do lasu spotkałem drwali, którzy wskazali mi kierunek, jakim podążyli uczestnicy będący w tym miejscu przede mną. Droga do punktu wydawała się łatwa i przyjemna – wystarczyło cały czas trzymać się głównej, leśniej drogi i unikać wchodzenia w przecinki.

Rzeczywistość jest jednak nieco bardziej złożona od mapowej fikcji. W przypadku tego akurat lasu mapa pokazywała jakieś 10% wszystkich dróg, które istniały w realnym świecie – i żadna z tych dróg nie sprawiała wrażenia mniej znaczącej od tej ukazanej na mapie.

Tu zaczęło się błądzenie, które przekreśliło szansę na 80. kilometr. Po trzech godzinach, które upłynęły mi na skanowaniu terenu w te i nazad, postanowiłem wreszcie zatrzymać się, pozwolić igle kompasu, by całkiem znieruchomiała, i zorientować się, gdzie właściwie jestem. Wcześniej, z czystego lenistwa, sugerowałem się położeniem zachodzącego słońca – wiedziałem oczywiście, że nie wyznacza ono ściśle kierunku zachodniego, i brałem zgrubną poprawkę, nie zastanawiając się specjalnie nad miarą kąta stanowiącego różnicę. W ten sposób zboczyłem na północ i tam tłukłem się po całym lesie, święcie przekonany, że słyszę rozmowy uczestników dochodzące z punktu (oczywiście, co wiem już teraz, dźwięki generowane były przez okoliczne wioski, szczególnie przez szczekające psy – i odgłosy te po wielokrotnym odbiciu i rozproszeniu ulegają tak znacznemu zniekształceniu, że można dowolnie interpretować zarówno ich źródło, jak i kierunek, z którego dochodzą).

Uratował mnie pewien harpaganowy weteran, który zwrócił moją uwagę na przecinkę subtelnie wyłaniającą się wśród koron drzew. Ponieważ wiodła ona na południe, i to południe wskazywane przez kompas, ruszyłem nią bez dłuższego wahania. Niestety, nie udało mi się przekonać harpaganowca, że w rzeczywistości jesteśmy daleko na północy. Mam nadzieję, że po jakimś czasie sam do tego doszedł.

Ja w każdym razie waliłem prosto, desperacko i nieubłaganie. Po kilku kilometrach punkt nr 10 wyłonił mi się przed samym nosem. Jednocześnie ze mną dotarła tam grupa rowerzystów – wszyscy, podobnie jak ja, wściekli jak diabli.

Gdy już wiedziałem, gdzie dokładnie jestem, wyjście z lasu przez wioskę i na szosę nie stanowiło problemu. Po wymianie baterii czołówka z nową mocą rozgoniła zapadający zmrok. Idąc, a w zasadzie wlokąc się poboczem szosy, spotkałem dwóch panów, Kazimierza i Zbigniewa, którzy również mieli za sobą dziesiątkę, ale o dziwo nie byli pewni, gdzie są. Pokazałem im więc na mapie naszą lokalizację, poczym ustaliliśmy, że razem dojdziemy na punkt 11 – siedemdziesiąty trzeci kilometr.

Wydawało mi się, że mamy mnóstwo czasu i nie trzeba się spieszyć, toteż zaskoczyła mnie sugestia towarzyszy, że konieczne jest tempo 5km/h. Zrozumiałem, gdy powiedzieli mi, która jest godzina – mój zegarek spóźniał się o ponad 45 minut.

I znów rozpoczęła się droga przez mękę. Po kilku minutach marszu z szybkością 5km/h odezwało się wszystko, co tylko mogło: nadwyrężone mięśnie, ścięgna w kolanach, odchodzący od stóp naskórek, a nawet kości, które miały już dość pulsującego obciążenia. Dało o sobie znać zmęczenie, wynikłe z ponad dwudziestogodzinnego wysiłku. Miałem wrażenie, że rozsypię się w pył przy podmuchu przemykających aut, a ich oślepiające światła przepalą mnie na wylot.

Mimo to maszerowałem, dotrzymując kroku panom Zbyszkowi i Kazimierzowi, zaskakując sam siebie wysiłkiem woli, który podejmowałem, aby odciąć się od piekielnego bólu. Na szczęście moi nowi towarzysze dodawali mi otuchy, i kiedy już zbliżaliśmy się do punktu i zacząłem zostawać w tyle - poczekali na mnie, aby wspólnie poszukać jedenastki. Chwała im za to, bo gdyby nie oni, w życiu nie dotarłbym do tego punktu – tym bardziej, że jego umiejscowienie było wyjątkowo perfidne.

Zgodnie z opisem, punkt nr 11 miał leżeć „na skraju lasu, przy oczku wodnym”. Znaleźliśmy się w miejscu, które zdawało się zgadzać zarówno z opisem, jak i lokalizacją punktu na mapie. Po lewej stronie mieliśmy pole, a na nim wielgachną kałużę, po prawej skraj lasu, który przemierzyliśmy bez efektu tam i z powrotem.

Zdezorientowani, ujrzeliśmy w drodze powrotnej światło latarki, dochodzące ze środka lasu. Ruszyliśmy w jego stronę, przedzierając się przez gęsto rosnące młode drzewka. Odbiłem nieco w lewo, trafiając na zarośnięte koleiny jakiejś drogi. Okazało się, że leżał na niej punkt – otoczony ze wszystkich stron lasem. Aby jeszcze dokładniej zweryfikować zgodność położenia punktu z opisem, spytaliśmy się o oczko wodne. Okazało się, że jest gdzieś obok, w lesie... było już całkiem ciemno, więc nawet go nie widziałem.

Usiadłem na pieńku, mając cichą nadzieję, że zostanę zawieziony do bazy rajdu razem z ekipą punktu. W czasie, gdy odpoczywałem, chłopak pilnujący punktu żartował, że słyszał już wielu uczestników przechodzących obok, ale żaden z nich jakoś nie chciał tu zajrzeć. Dobrze, że nad nami się zlitował i dał sygnał latarką.

Moi towarzysze stwierdzili, że wracają do bazy. Już miałem się z nimi pożegnać, kiedy punktowy poinformował mnie, że w samochodzie może nie wystarczyć dla mnie miejsca. Zdecydowałem, że dojdę wraz z panem Zbyszkiem i Kazimierzem do szosy, a następnie złapię stopa do Sierakowic.

Wstając na nogi czułem się jak ostatni kaleka. Przy każdym kroku fala potwornego bólu przetaczała się przez mięśnie i stawy. Mogłem poruszać się wyłącznie po idealnie poziomym terenie – znaczniejsze ugięcie nóg było torturą nie do zniesienia. Oczywiście, teren nie był idealnie poziomy – musiałem zejść w dół i zeskoczyć na drogę. Przynajmniej skończyła się presja. Nareszcie nie trzeba było się śpieszyć.

Odległość do Sierakowic wynosiła około 7,5km. Moi towarzysze postanowili, że dotrą tam z buta – według ich GPS-a przeszli ponad 92km, więc po powrocie do bazy będą mieć na liczniku prawie dokładnie setkę. Zacząłem się zastanawiać... Z jednej strony ból i zmęczenie odbierały mi przytomność, z drugiej chciałem maksymalnie wykorzystać ten rajd. I tak oto ruszyłem dalej - na piechotę.

Mniej więcej w połowie natrafiliśmy na przystanek autobusowy. Z rozkładu wynikało, że nie ma już żadnego autobusu do Sierakowic. Usiadłem na chwilę, mówiąc towarzyszom wędrówki, że złapię stopa i zobaczymy się na miejscu. Byli jednak zaniepokojeni – widzieli, w jakim jestem stanie. Gdyby nie udało mi się złapać stopa, byłbym skazany na spędzenie nocy na przystanku. Pytali, czy mam numer do kogoś spośród organizatorów, proponowali, żebym w razie czego zadzwonił po pomoc. Tak się złożyło, że nie miałem komórki. Jeden z panów chciał mi pożyczyć swoją. Tego było już za wiele. W końcu zrobiło mi się głupio, wstałem i poszliśmy dalej, podwajając tempo. Jakiś kilometr dalej minął nas autobus do Sierakowic. Próbowaliśmy nieśmiale go zatrzymać... ale gdzie tam, zdawało się, że na nasz widok kierowca jeszcze dodał gazu.


Ostatecznie dotarłem do Sierakowic o własnych siłach. Mniej więcej w centrum miejscowości dopadli nas pełni podziwu mieszkańcy, pytając o trasę. Przyjmowaliśmy gratulacje, pokazywaliśmy mapy... a wszystko to przy świetle lamp ulicznych, około pół do dziesiątej w nocy.
Po odebraniu plecaka z karimatą i śpiworem z przechowalni udałem się na salę gimnastyczną. Było już znacznie luźniej, pozostała może jedna trzecia uczestników. Widziałem to wszystko jak przez mgłę. Bardzo powoli rozłożyłem karimatę, następnie usiadłem i przystąpiłem do straszliwie bolesnej czynności zdejmowania butów. Potem założyłem czyste, suche skarpetki. Nie czułem żadnej ulgi, nie czułem nic... taki stan krytyczny. Położyłem się, kładąc głowę na śpiworze, otworzyłem jedną z ostatnich czekolad i powoli dostarczałem sobie kostkę za kostką, jak kroplówkę.

Wkrótce nadeszła pora uroczystego wręczenia nagród. Na trasie pieszej mieliśmy tym razem 26 Harpaganów, dwóch najszybszych pokonało 100km w czasie 16 godzin i 26 minut (w pierwszej chwili czas podano niewyraźnie i wszyscy usłyszeliśmy „13 godzin i 26 minut” – zaszumiało na całej sali...). Podciągnąłem się na łokciach, żeby okazać minimum zainteresowania, biłem nawet brawo, gdy kolejni Harpagani odbierali tytuły.

Trzeba przyznać, że na tym rajdzie zdobycie tytułu było wykonalne – przynajmniej pierwszych 11 punktów nie było ukrytych do tego stopnia, żeby nie dało się ich znaleźć w rozsądnym czasie. W poprzedniej edycji punkt nr 10 ukryto w jakimś jarze w środku lasu, tak że niektórzy szukali go całymi godzinami, będąc naprawdę blisko, a niektórzy, jak ja, nie znaleźli go w ogóle.

Gdy uroczystość dobiegła końca, postanowiłem chwilę się zdrzemnąć. Obudziłem się półtorej godziny później, około północy. Światło na sali było zgaszone. Poruszając się jak we śnie, rozłożyłem śpiwór, zrobiłem prowizoryczny porządek z rzeczami wokół siebie i ruszyłem posuwistym krokiem w kierunku łazienki, żeby umyć zęby. W moim mózgu działy się dziwne rzeczy. Wszystko, co rejestrowałem za pomocą zmysłów, przyjmowało formę twierdzeń matematycznych, dowodów nie wprost i tautologii logicznych. Stwierdziłem, że znajduję się w samym środku jakiejś fazy i najbezpieczniej będzie jak najszybciej powrócić do niebytu.

Rano budziłem się wielokrotnie, między piątą na ósmą. W międzyczasie dzwonił budzik, który nastawiłem sobie na 7:30, ale jego akurat nie słyszałem. Autobus do Gdańska miałem o 10:15. Musiałem jedynie dotrzeć do przystanku, który był w centrum Sierakowic. Pozbierałem się, przemogłem skrajną niechęć do brudnych i wciąż mokrych butów i wyruszyłem. Przed wyjściem pożegnałem się z panem Kazimierzem i Zbyszkiem, dziękując za ich wsparcie. Gdyby nie oni, skończyłbym z mizernym rezultatem 67km, a tak udało się przekroczyć siedemdziesiątkę – „honorowe minimum”.

Większość uczestników, w tym mnie, dopadł tzw. syndrom robota, polegający na tym, że na skutek nadwyrężenia mięśni i ścięgien człowiek porusza się niczym humanoidalny robot japońskiej produkcji. Takim właśnie, poziomym krokiem, przemieściłem się na przystanek, osiągając nawet nie najgorsze tempo. Wciąż czułem ból w klatce piersiowej – efekt ogromnego wysiłku, który brutalnie rozciągnął płuca i serce.

Naprzeciwko przystanku znajdował się kościół. Zobaczyłem, że ludzie schodzą się na Mszę świętą. Zależało mi na tym, aby nie zaniedbać niedzieli. W planach miałem udać się do Dominikanów we Wrocławiu, na Mszę o godzinie 21:30... ale czułem, że mogę tego nie przeżyć. Msza tutaj miała się zacząć o 9:30. Spytałem jednej pani, ile zazwyczaj trwa. Odrzekła, że okrągłą godzinę – czyli skończy się kwadrans po odjeździe mojego jedynego autobusu. Mimo to zaryzykowałem – i Bóg nie pozostał obojętny. Msza trwała dokładnie 45 minut – udało mi się powstrzymać przed ucieczką w trakcie niemiłosiernie długich ogłoszeń i zostać jeszcze na błogosławieństwo. Autobus przyjechał minutę po tym, jak wróciłem na przystanek.



I tu dochodzę do momentu, w którym zacząłem spisywać tę relację. Dodam tylko, że później, już w pociągu spotkałem dwóch innych uczestników – podzieliliśmy się wrażeniami, przeanalizowaliśmy trasę. Przy okazji zrobiliśmy wrażenie na innych pasażerach – z jakiegoś powodu Harpagan, gdy się o nim mówi, budzi powszechne zdumienie i podziw ;-)

Aby zakończyć opowieść, dodam, że po powrocie do domu rzuciłem się w objęcia snu, a następnego dnia, w poniedziałek, wybrałem się na zajęcia laboratoryjne, na których męczyłem się od 7:30 do 13:00 (a później był jeszcze wykład do 15:00 – jakoś na nim nie zasnąłem). To się nazywa hardkorowy maraton...

Ostatecznie zająłem 73 miejsce. Przeszedłem 73 kilometry w 22 godziny i 14 minut... W rzeczywistości było tych kilometrów znacznie więcej. Ile dokładnie – trudno powiedzieć. Przeciętny współczynnik błądzenia („współczynnik załamania trasy”) na Harpaganie wynosi 1,15-1,2 – przez tyle conajmniej należy pomnożyć swój rezultat, i jeszcze dodać do tego odległość z ostatniego punktu do bazy.

Ale to dla tych, którzy chcą się z czegoś usprawiedliwiać, albo dać pożywkę swojemu samozadowoleniu... Dla mnie liczą się 73 kilometry – i z tego wyniku jestem naprawdę dumny. To oczywiście nic w porównaniu z satysfakcją, jaką dało pokonywanie własnych słabości. Może brzmi to banalnie... jednak w przetrwaniu kilkunastu godzin bólu, którego normalnie nie da się wytrzymać dłużej niż parę minut, nie ma nic banalnego.

Dziękuję Bogu za to, że stworzył mnie sprawnym fizycznie i dał możliwość przeżycia czegoś takiego. To doświadczenie, które zmienia człowieka. Na nic bym tego nie zamienił.

RK

______________________________

Update:

Po dwóch latach udało się wreszcie odnieść sukces: na Harpaganie-40, razem z kolegą Sajmonem pokonaliśmy 100 km w rewelacyjnym czasie 18 godzin i 34 minut. Trasa była wyjątkowo łatwa, pogoda sprzyjająca, a nasza kondycja - na najwyższym poziomie. Przez cały poprzedni rok intensywnie trenowałem. Mieszkając w Paryżu, obiegałem całe miasto średnio raz w miesiącu (33-kilometrowa pętla), z kolei podczas pobytu w Houston biegałem wokół campusu Rice University, osiągając czasy rzędu 2.5 h na dystansie 28 km. W międzyczasie zrobiłem sobie kilka hardkorowych wycieczek, jak opisana na tym blogu przebieżka z Paryża nad kanał La Manche: 190 km w 47 h, oraz spacerek przez pustynię w stanie Nevada: 218 km w czasie 97 h. W porównaniu z tym Harpagan wydaje się teraz drobnostką. Czas stawić czoła nowym wyzwaniom.

1 komentarz:

Unknown pisze...

Czytałem Twoją relację na raty- z braku czasu oczywiście- nie dlatego, że była nieciekawa. Wręcz przeciwnie.

Na wiosennego Harpagana już się nie przygotuję, ale jesienią napewno się wybiorę. Może spotkamy się na trasie, albo w pociągu z Wrocławia ;)

Pozdrawiam i życzę złamania setki.
Kuba. mypielgrzymi.com