<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-6113975959707210351</id><updated>2011-09-13T14:29:44.229-07:00</updated><category term='harpagan'/><title type='text'>Uczyńmy przestrzeń sobie poddaną</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://radoslavkolkowski.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6113975959707210351/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://radoslavkolkowski.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Radek_K</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12883558453356922495</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>5</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6113975959707210351.post-844548851998020575</id><published>2010-09-14T18:51:00.000-07:00</published><updated>2010-09-18T05:54:43.604-07:00</updated><title type='text'>Nevada hardcore</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJAoyHf0o-I/AAAAAAAARzc/qIqAoLy6qMg/s1600/DSCN9889.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJAoyHf0o-I/AAAAAAAARzc/qIqAoLy6qMg/s400/DSCN9889.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5516954384999949282" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;My thoughts are bothering me&lt;br /&gt;There's no sleep this night&lt;br /&gt;Will I be strong enough to rule the land?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przepraszam, czy wie pan może, skąd odjeżdżają autobusy na lotnisko? - Pytam w tym gigantycznym mieście, gdzie każdy ma samochód, a komunikacja miejska jest mniej więcej na tym samym etapie rozwoju, co nogi u padalca. Facet wskazuje mi pusty parking, który dopiero co obszedłem dookoła, z małym budynkiem w środku. To tam można kupić bilet na przejazd. 15 dolarów - cena trochę zbija z pantałyku, no ale co zrobić?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W ogromnym klimatyzowanym autobusie, który pojawił się jakiś czas później, oprócz mnie i kierowcy podróżuje tylko 1 pasażer. Po 40 minutach docieramy na gigantyczne lotnisko, gdzie za pomocą kolejki udaje mi się przedostać na właściwy terminal. Mam tylko bagaż podręczny, a w nim, między innymi, zwinięty w rolkę plecak oraz namiot. O dziwo, ten ostatni przechodzi kontrolę bez najmniejszych problemów, pomimo że zawiera kilkanaście śledzi, które spokojnie mógłbym wykorzystać do porwania samolotu i rozbicia go o któryś z wieżowców w downtown.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siedzę na środkowym fotelu, nie mam więc dostępu do okna - tym razem ze zdjęć lotniczych nici. Tuż przed wylądowaniem w Phoenix pilot informuje nas, że temperatura powietrza wynosi 116 stopni Fahrenheita. Jedyne, co pamiętam, to że 100 odpowiada ciepłocie ludzkiego ciała, więc 116 to już byłaby w Polsce klęska żywiołowa. W rękawie łączącym samolot z terminalem czuję na twarzy i rękach, jak promieniowanie cieplne emitowane przez blachę parzy mi skórę. Istny piekarnik!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRpjJoWx-I/AAAAAAAAR08/t92tjIu2_xU/s1600/DSCN9528.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRpjJoWx-I/AAAAAAAAR08/t92tjIu2_xU/s320/DSCN9528.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518151496037222370" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Phoenix, piekło Arizony&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wędrówka po lotnisku w poszukiwaniu prezentu dla moich hostów powoduje, że dostaję lęku przestrzeni. W tym kraju wszystko jest duże, to rzecz powszechnie wiadoma - ale co innego o tym słyszeć, a co innego się przekonać na własnej skórze. Wystarcza mi czasu akurat na tyle, aby kupić czekoladki i wrócić w odpowiednie miejsce. Wsiadam w następny samolot i opuszczam Arizonę na rzecz Nevady.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRrtV8YJwI/AAAAAAAAR1U/yMrpRc1nPsU/s1600/DSCN9536.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRrtV8YJwI/AAAAAAAAR1U/yMrpRc1nPsU/s200/DSCN9536.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518153870164371202" /&gt;&lt;/a&gt;Po wylądowaniu w Las Vegas próbuję wydostać się z lotniska i dotrzeć do miejsca, które mam zaznaczone na mapie z Googla. Okazuje się to nie lada wyzwaniem, głównie za sprawą wielopiętrowego parkingu, wciśniętego między wyjście z terminalu a plątaninę dróg szybkiego ruchu pozbawionych chodnika. Las Vegas wita mnie suchym pustynnym powietrzem, które niemal natychmiast wywołuje u mnie ból i łzawienie oczu. Przez dwa miesiące przyzwyczaiłem się zdecydowanie do wilgotnego klimatu panującego w Houston. Trudno jest teraz przestawić się z kondensacji na ewaporację.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRsK-DUbmI/AAAAAAAAR1c/2SYRJVagqQg/s1600/DSCN9532.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRsK-DUbmI/AAAAAAAAR1c/2SYRJVagqQg/s320/DSCN9532.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518154379147112034" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Las Vegas - już na lotnisku możesz zacząć oddawać się hazardowi&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRqez0j-1I/AAAAAAAAR1E/gJ2G4prm-To/s1600/DSCN9540.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRqez0j-1I/AAAAAAAAR1E/gJ2G4prm-To/s320/DSCN9540.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518152520974990162" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Las Vegas, pierwsze zwiedzanie po wydostaniu się z lotniska&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRrUATOEII/AAAAAAAAR1M/fsoEU9Dn7Mc/s1600/DSCN9543.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRrUATOEII/AAAAAAAAR1M/fsoEU9Dn7Mc/s200/DSCN9543.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518153434857869442" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Półtorej godziny mija mi na błądzeniu w poszukiwaniu wejścia na terytorium, gdzie znajduje się mój nocleg. W końcu udaje się. Drzwi są zamknięte, więc siadam i dzwonię. Na szczęście, Kamil i jego koledzy będą za 10 minut. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cieszę się, że kontakt nie okazał się spalony i mam gdzie spać tej nocy. Kamil, Rafał i Szymon są bardzo gościnni, dostaję luksusowy materac z gąbki, prześcieradło i kocyk. Czegóż chcieć więcej? A ktoś kiedyś narzekał mi, że zagranicą Polacy sobie nie pomagają.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRtAJFyS-I/AAAAAAAAR1k/tbaSivaCytA/s1600/DSCN9547.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRtAJFyS-I/AAAAAAAAR1k/tbaSivaCytA/s320/DSCN9547.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518155292643314658" /&gt;&lt;/a&gt;Jestem przestawiony o 2 godziny, więc wstaję wcześnie, gdy wszyscy jeszcze śpią. Postanawiam wybrać się do kościoła, jako że jest niedziela. Holy Family Catholic Church, który mam zaznaczony na mapie, okazuje się być piekielnie daleko. Wędrówka w jedną stronę zajmuje mi półtorej godziny. Po Mszy Świętej wypijam chyba litr wody z kranika przy łazience, zanim ruszam w drogę powrotną. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRtZv2kakI/AAAAAAAAR1s/tEeDLQ2kJFM/s1600/DSCN9552.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRtZv2kakI/AAAAAAAAR1s/tEeDLQ2kJFM/s200/DSCN9552.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518155732545202754" /&gt;&lt;/a&gt;Ruszam na śniadanie do knajpki Einstein Bros. Bagels na przeciwko University of Nevada. Zamawiam kanapkę z jajkiem i serem. Przez pomyłkę odbieram nie swoje zamówienie, jednak obsługujący stwierdza, że to jego wina, i w efekcie dostaję gratisowy posiłek. Wychodzę syty i zadowolony, mając świadomość, jak bardzo przyda mi się każda dodatkowa kaloria. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRttB50kpI/AAAAAAAAR10/7c9GfZOXtgQ/s1600/DSCN9553.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRttB50kpI/AAAAAAAAR10/7c9GfZOXtgQ/s200/DSCN9553.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518156063808197266" /&gt;&lt;/a&gt;Kupuję prowiant i wodę, dużo wody. Wracam, przepakowuję się, i wyruszam ponownie, tym razem do supermarketu Target, w poszukiwaniu karimaty, której nie chciałem przewozić samolotem, żeby zmieścić się w bagażu podręcznym. Niestety, w całym gigantycznym sklepie nie ma niczego, co odpowiadałoby normalnej, podróżniczej karimacie. Pomyślałem: trudno, będę spał na plecaku. Żeby nie wracać z pustymi rękami, kupuję żelki Haribo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po powrocie czuję się wyczerpany i, co przerażające, bolą mnie nogi! A przecież najgorsze dopiero przede mną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kamil, Rafał i Szymon wyszli na miasto, wrócą bardzo późno. Po wpisaniu kodu, który dostałem od Szymona, drzwi od mieszkania nie otwierają się. Postanawiam tym razem nie robić zamieszania i nie dzwonię. Zamiast tego wyruszam na zwiedzanie miasta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Las Vegas robi wrażenie. Co prawda, formalnie to jeden wielki kicz, gdzie powtarza się do znudzenia dziwaczny pomysł: skopiować jedno z najbardziej znanych miejsc świata i odtworzyć je na środku pustyni. Ale trzeba dodać, że jest to kicz monumentalny. Kopie są przeważnie w skali 1:1, jedynie wieża Eiffla i Statua Wolności zostały zminiaturyzowane do skali 1:2. A wszystko to możliwe dzięki niewyobrażalnej kasie, którą zostawiają miliony ludzi w kasynach i hotelach. To miasto to gigantyczny pomnik Ludzkiej Próżności, postawiony przez Ludzką Naiwność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRuZv6LYQI/AAAAAAAAR18/YXfc55N9y1I/s1600/DSCN9632.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRuZv6LYQI/AAAAAAAAR18/YXfc55N9y1I/s400/DSCN9632.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518156832071966978" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Epicentrum Ameryki&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRvFJk0PDI/AAAAAAAAR2E/x63RwIBOONI/s1600/DSCN9586.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRvFJk0PDI/AAAAAAAAR2E/x63RwIBOONI/s200/DSCN9586.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518157577696066610" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRvRTlJPpI/AAAAAAAAR2M/GNoef0RIt_Y/s1600/DSCN9587.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRvRTlJPpI/AAAAAAAAR2M/GNoef0RIt_Y/s200/DSCN9587.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518157786540228242" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRvh-glPyI/AAAAAAAAR2U/YOQA2wEu3wg/s1600/DSCN9588.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRvh-glPyI/AAAAAAAAR2U/YOQA2wEu3wg/s200/DSCN9588.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518158072941723426" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRv9ULHsAI/AAAAAAAAR2c/lKIWxP9Onkc/s1600/DSCN9634.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRv9ULHsAI/AAAAAAAAR2c/lKIWxP9Onkc/s200/DSCN9634.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518158542613753858" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRwRSO4hRI/AAAAAAAAR2k/_GIFqDTbBnQ/s1600/DSCN9579.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRwRSO4hRI/AAAAAAAAR2k/_GIFqDTbBnQ/s200/DSCN9579.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518158885690049810" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRw3OyXUvI/AAAAAAAAR2s/WMS46ICWFCE/s1600/DSCN9597.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRw3OyXUvI/AAAAAAAAR2s/WMS46ICWFCE/s200/DSCN9597.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518159537600156402" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRxIF2xQ0I/AAAAAAAAR20/v6emNsWWi8U/s1600/DSCN9637.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRxIF2xQ0I/AAAAAAAAR20/v6emNsWWi8U/s200/DSCN9637.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518159827260490562" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRxTlI9zlI/AAAAAAAAR28/d5E2GeTbqpM/s1600/DSCN9646.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRxTlI9zlI/AAAAAAAAR28/d5E2GeTbqpM/s200/DSCN9646.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518160024636870226" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRxga1swnI/AAAAAAAAR3E/v2HixioETc8/s1600/DSCN9639.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 150px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRxga1swnI/AAAAAAAAR3E/v2HixioETc8/s200/DSCN9639.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518160245210006130" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po obejściu centrum miasta wracam pod drzwi mieszkania i czekam. Planowałem się przespać przed wyruszeniem w trasę, ale wygląda na to, że nic z tego nie będzie. Po dwóch godzinach wracają moi polscy koledzy. Okazuje się, że cały czas mogłem wejść - po wpisaniu kodu wystarczyło tylko odpowiednio przekręcić klamkę. Czuję się jak idiota, ale na szczęście nie mam czasu się tym martwić. Do północy zostało pół godziny - a właśnie wtedy planowałem wyruszyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Biorę szybki prysznic, a następnie pozwalam sobie na ostatnie chwile odpoczynku, czekając, aż naładuje się akumulator w moim aparacie, rozładowany trochę po zwiedzaniu. Tymczasem Kamil, Szymon i Rafał oglądają Iron Mana 2 na gigantycznym ekranie. Czuję pokusę, żeby zostać z nimi i dać sobie spokój z tą absurdalną wyprawą...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRyrnLKaeI/AAAAAAAAR3M/ZVerpJwvZp0/s1600/DSCN9655.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRyrnLKaeI/AAAAAAAAR3M/ZVerpJwvZp0/s320/DSCN9655.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518161537011444194" /&gt;&lt;/a&gt;A jednak o godzinie 00:45 wyruszam w drogę. Zapamiętałem ostatnie słowa Rafała: Nie bój się. Jakby co, znajdziemy cię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRzGyWTFxI/AAAAAAAAR3U/CrAWVnP9wts/s1600/DSCN9659.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRzGyWTFxI/AAAAAAAAR3U/CrAWVnP9wts/s320/DSCN9659.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518162003867408146" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już od pierwszych chwil czuję, że zapasy wody w plecaku zmierzają do poważnego uszkodzenia mojego kręgosłupa, a co najmniej ramion. Planuję przetrwać z dala od cywilizacji przez pierwsze 2 dni. Tymczasem internetowe źródła podają, iż w ciągu 1 dnia intensywnego marszu przez pustynię należy wypijać przynajmniej 1 galon, a więc około 4 litry wody. Uznałem, że ilość ta jest dostosowana do przeciętnego Amerykanina, który z pewnością waży więcej ode mnie, a więc musi też pić więcej. Tak więc, spakowałem 6 litrów. Do tego namiot, prowiant, ciuchy na zmianę i do ubrania na chłodną noc. Pomimo skrajnego minimalizmu, czuję się jak ciężarówka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRzUbB7mJI/AAAAAAAAR3c/AoOpsUadlFY/s1600/DSCN9660.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRzUbB7mJI/AAAAAAAAR3c/AoOpsUadlFY/s320/DSCN9660.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518162238126135442" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRzpy_GQNI/AAAAAAAAR3k/xFsTQahbdD8/s1600/DSCN9664.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJRzpy_GQNI/AAAAAAAAR3k/xFsTQahbdD8/s320/DSCN9664.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518162605333954770" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR0SxWJwAI/AAAAAAAAR3s/qOwnAGSvLkY/s1600/DSCN9666.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 240px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR0SxWJwAI/AAAAAAAAR3s/qOwnAGSvLkY/s320/DSCN9666.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518163309268418562" /&gt;&lt;/a&gt;Przechodzę przez zatłoczony Strip. Dokoła kolory, światła, głośna muzyka i pełno ludzi. Dokładnie o godzinie 2:00 mijam Paris Las Vegas, po czym wkraczam we Flamingo Road, moją katapultę wylotową z miasta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR0yFowkGI/AAAAAAAAR30/abpKHIM4cXc/s1600/DSCN9683.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR0yFowkGI/AAAAAAAAR30/abpKHIM4cXc/s320/DSCN9683.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518163847291113570" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR08Axpa1I/AAAAAAAAR38/19kBAuEaoMM/s1600/DSCN9684.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR08Axpa1I/AAAAAAAAR38/19kBAuEaoMM/s320/DSCN9684.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518164017784908626" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ulica jest prosta jak wiązka lasera. Mijają trzy i pół godziny, zanim docieram do pierwszego planowego skrętu w Town Center Dr. Nogi bolą mnie potwornie - a to dopiero początek, a właściwie początek początku. Ze skrzyżowania, za kwadratem pustkowia widać rozświetlony Strip na tle porannego brzasku. Robię sobie zdjęcie w tej niezwykłej scenerii, po czym ruszam w boczną ulicę. Chwilę później docieram do miejsca, które mógłbym opisać tylko słowami Wrota Pustyni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR1XaKGI9I/AAAAAAAAR4E/SMU-z0KiAA4/s1600/DSCN9695.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR1XaKGI9I/AAAAAAAAR4E/SMU-z0KiAA4/s320/DSCN9695.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518164488454808530" /&gt;&lt;/a&gt;Spory kawałek idę wzdłuż muru, za którym znajdują się jakieś luksusowe posiadłości. Gdy nastaje poranek, moim oczom ukazuje się znacznie już oddalone miasto spowite poranną mgłą (a może raczej porannym kurzem?). W tym momencie definitywnie żegnam się z Las Vegas - na najbliższe kilka dni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR1ibIeqLI/AAAAAAAAR4M/LLTzTufOP4w/s1600/DSCN9698.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR1ibIeqLI/AAAAAAAAR4M/LLTzTufOP4w/s320/DSCN9698.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518164677695023282" /&gt;&lt;/a&gt;Początkowo gubię drogę, która zatacza jakieś koła i znika. Po kilku próbach udaje mi się odnaleźć właściwy kierunek. Na mapie widnieje jako droga dla samochodów, w realnym świecie nadawałaby się co najwyżej dla samochodów terenowych z napędem na 4 koła. O tym, że trasa jest brutalna, przekonuje mnie przerdzewiały wrak napotkany tuż przy ścieżce. Klimat jak z obrazów Salwadora Dali.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dość szybko pojawia się przede mną pierwsza zamknięta brama i ogrodzenie. Z jakiegoś zakamarka mojego umysłu odzywa się głos: Może to znak, żeby jednak zawrócić? &lt;br /&gt;Co, jeśli okaże się, że to czyjaś posesja? W tym kraju raczej nie zaczną od zapytania mnie, czego tu właściwie szukam...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozglądam się dokoła. To przecież totalne pustkowie. Nie zamierzam go obchodzić, przedzierając się przez krzaki i potykając o głazy. Przerzucam plecak i przeskakuję na drugą stronę. Podobnie traktuję trzy następne przeszkody.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR1zjoaAWI/AAAAAAAAR4c/01AAZ-_mnfk/s1600/DSCN9701.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR1zjoaAWI/AAAAAAAAR4c/01AAZ-_mnfk/s200/DSCN9701.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518164972034195810" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR1tiOSx4I/AAAAAAAAR4U/CyQSEWxxi_4/s1600/DSCN9700.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR1tiOSx4I/AAAAAAAAR4U/CyQSEWxxi_4/s200/DSCN9700.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518164868577019778" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR2AKF4fyI/AAAAAAAAR4s/1e6VhwB6W1Y/s1600/DSCN9705.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR2AKF4fyI/AAAAAAAAR4s/1e6VhwB6W1Y/s200/DSCN9705.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518165188516806434" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR15yKEbiI/AAAAAAAAR4k/jfDVWkACdys/s1600/DSCN9704.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR15yKEbiI/AAAAAAAAR4k/jfDVWkACdys/s200/DSCN9704.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518165079012699682" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR2jLKM0gI/AAAAAAAAR40/KzYBEELdzWY/s1600/DSCN9702.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR2jLKM0gI/AAAAAAAAR40/KzYBEELdzWY/s320/DSCN9702.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518165790098772482" /&gt;&lt;/a&gt;W samym środku niczego moim oczom ukazują się blaszane stoliki. Korzystam, aby zjeść prowizoryczne śniadanie. Wkrótce kamienista pustynna droga przemienia się w asfalt. Ten odcinek ma już nazwę, Moenkopi Road, i jest tu jakiś ersatz osady, nieczynny camping oraz siedziba straży pożarnej. Asfalt łączy się z Charleston Blvd, będący już właściwie autostradą. Skręcam w lewo i przemierzam około 3km poboczem. Po prawej ukazuje się wejście do Red Rock Canyon. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR3TKDgPQI/AAAAAAAAR5E/wUHK90s4bog/s1600/DSCN9717.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR3TKDgPQI/AAAAAAAAR5E/wUHK90s4bog/s200/DSCN9717.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518166614435970306" /&gt;&lt;/a&gt;Idę w kierunku budynku ze szlabanami, sprawującego kontrolę nad turystami wjeżdżającymi na teren rezerwatu (a właściwie: National Conservation Area). Okazuje się, że muszę zapłacić 3 dolary za wstęp. Korzystam z okazji i pytam, czy jest z tego miejsca jakiś szlak na Charleston Peak. Pani z okienka jest trochę zbita z tropu. Wie, gdzie to jest. Ale... to cholernie daleko. Stwierdzam, że to dla mnie nie nowina. Zostaję skierowany do Visitors Center, gdzie podobno mogę uzyskać szczegółowe informacje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR3NAk8pnI/AAAAAAAAR48/qRZ-F9CDtTs/s1600/DSCN9716.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR3NAk8pnI/AAAAAAAAR48/qRZ-F9CDtTs/s320/DSCN9716.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518166508812674674" /&gt;&lt;/a&gt;Kolejna sympatyczna pani w Visitors Center informuje mnie, że nie ma pojęcia o żadnym szlaku prowadzącym na Charleston Peak z terenu Red Rock Canyon. Jedyny sposób, aby tam dotrzeć, to wrócić na autostradę, przejechać przez Las Vegas, docierając do Kyle Canyon Road, a tędy już do miasteczka Mount Charleston i na szlak. Informacje użyteczne, ale dla ludzi posiadających samochód. Dla mnie oznacza to zatoczenie pętli o długości 60 km. Wyjaśniam więc, że posiadam wyłącznie własne nogi i plecak. Pokazuję jej trasę, którą planowałem sprawdzić: Red Rock Canyon Road - Oak Creek Canyon - Rocky Gap Road - Lovell Canyon Road - wspinaczka po zboczu, następnie wzdłuż grzbietu aż do celu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSjPvgTfWI/AAAAAAAASFU/5XG7n_ssMkM/s1600/previous_plan_topo_with_trail.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 329px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSjPvgTfWI/AAAAAAAASFU/5XG7n_ssMkM/s400/previous_plan_topo_with_trail.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518214934281026914" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pierwotny plan (PS. totalne wariactwo)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pani informuje mnie, że Rocky Gap Road jest dosyć niebezpieczna, gdyż nie jest przez nikogo utrzymywana, więc jeśli się tam wybieram, to wyłącznie na własne ryzyko. Poza tym idąc na północ przez Lovell Canyon mogę napotkać teren prywatny, przez który nie będę mógł przejść. Słysząc to czuję się trochę stłamszony. Pytam więc, gdzie w najbliższej okolicy mogę rozbić namiot na nocleg. Okazuje się, że na terenie Red Rock Canyon jest to zabronione, ale Lovell Canyon jest już poza zasięgiem obszaru chronionego i jeśli uda mi się tam dotrzeć przed zmrokiem, to nie ma problemu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR3oeJpDeI/AAAAAAAAR5M/vfSw5YUn5f8/s1600/DSCN9721.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR3oeJpDeI/AAAAAAAAR5M/vfSw5YUn5f8/s320/DSCN9721.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518166980607675874" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR35IIfJMI/AAAAAAAAR5U/1l_l6Bq1-zo/s1600/DSCN9722.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR35IIfJMI/AAAAAAAAR5U/1l_l6Bq1-zo/s200/DSCN9722.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518167266755028162" /&gt;&lt;/a&gt;Dostaję dwie mapy, z których żadna nie jest bardziej szczegółowa od moich print-screenów mapy topograficznej z Google Maps. Mój wspaniały plan zdobycia ponad 3600-metrowego szczytu z centrum Las Vegas zaczyna się chwiać coraz bardziej. Postanawiam po raz ostatni skorzystać z cywilizowanej łazienki. Gdy wydmuchuję nos, dostaję krwotoku. Spędzam jakieś pół godziny, wykrwawiając się nad zlewem. Gdy krwotok wreszcie ustaje, zdołowany siadam na kamieniu w cieniu zadaszenia toalet. Otwierając plecak odkrywam, że czekolady i ser roztopiły się w upale i zapaskudziły mi wnętrze plecaka oraz ciuchy. Nie ma co, udany początek wyprawy. Gdyby nie sympatyczna wiewiórka rodem z bajki Chip &amp; Dale, która pojawiła się kilkadziesiąt centymetrów ode mnie, pewnie bym się załamał i przesiedział tam cały dzień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR4TrnTquI/AAAAAAAAR5c/kZ1Llk3HGsQ/s1600/DSCN9724.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR4TrnTquI/AAAAAAAAR5c/kZ1Llk3HGsQ/s400/DSCN9724.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518167722956139234" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zamiast tego wyruszam wzdłuż Red Rock Canyon Road. Postanowiam dotrzeć do Lovell Canyon, rozbić namiot i przenocować, a decyzję odnośnie dalszych kroków podjąć następnego dnia. Tymczasem jest dopiero 10 rano, więc trzeba jakoś wykorzystać ten czas, jaki pozostał do zachodu słońca. Idąc drogą widzę ludzi wędrujących jakimiś ścieżkami. Odkrywam, że to regularny szlak wzdłuż kanionu, zaznaczony na mapie. Zbaczam nań z asfaltowej szosy, i odtąd rozpoczyna się eksploracja zapierających dech w piersiach widoków, jakich z pewnością nie spodziewałem się napotkać na swej drodze. Niesamowite formacje skalne wszelakich barw i kształtów sprawiają, że ogarnia mnie fascynacja. Nie mogłem trafić w ciekawsze miejsce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR4jizdvwI/AAAAAAAAR5k/E4nAtQJAw2U/s1600/DSCN9747.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR4jizdvwI/AAAAAAAAR5k/E4nAtQJAw2U/s400/DSCN9747.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518167995469119234" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR5m8DB75I/AAAAAAAAR6c/jmBhg0HqEOk/s1600/DSCN9759.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 150px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR5m8DB75I/AAAAAAAAR6c/jmBhg0HqEOk/s200/DSCN9759.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518169153296527250" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR5gwD5LWI/AAAAAAAAR6U/9tQx4SedUrs/s1600/DSCN9755.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR5gwD5LWI/AAAAAAAAR6U/9tQx4SedUrs/s200/DSCN9755.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518169046999706978" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR5UGIJTxI/AAAAAAAAR6M/VYGPw73Hsxc/s1600/DSCN9748.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR5UGIJTxI/AAAAAAAAR6M/VYGPw73Hsxc/s200/DSCN9748.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518168829584822034" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR5OQDMAsI/AAAAAAAAR6E/EyPi9YPz61s/s1600/DSCN9744.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR5OQDMAsI/AAAAAAAAR6E/EyPi9YPz61s/s200/DSCN9744.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518168729169167042" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR44b0BQ4I/AAAAAAAAR50/dVMEs6oYmtU/s1600/DSCN9736.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR44b0BQ4I/AAAAAAAAR50/dVMEs6oYmtU/s200/DSCN9736.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518168354369651586" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR6iRP_vmI/AAAAAAAAR6k/fC3E41Tn0xk/s1600/DSCN9778.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR6iRP_vmI/AAAAAAAAR6k/fC3E41Tn0xk/s320/DSCN9778.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518170172600335970" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR7XGZxmBI/AAAAAAAAR6s/6VpsgH5L2ZQ/s1600/DSCN9796.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR7XGZxmBI/AAAAAAAAR6s/6VpsgH5L2ZQ/s320/DSCN9796.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518171080221628434" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Upał, ciężki plecak, nieustanne strome podejścia i zejścia sprawiają, że zużywam mnóstwo energii - ale początkowo w ogóle tego nie czuję, napawając się pięknem otoczenia. Wkrótce czerwone skały ustępują miejsca białym, a następnie szlak prowadzi centralnie przez środek pustkowia. Wreszcie docieram do rozwidlenia, na którym wybieram nieco dłuższą drogę, prowadzącą dokoła niewielkiej góry. Szlak przywodzi na myśl Tatry albo Karkonosze, tyle że w momencie największej suszy i upałów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wreszcie docieram do połączenia z Rocky Gap Road. Jestem wykończony. Siadam w pobliżu dwóch zaparkowanych samochodów. Właściciel amerykańskim zwyczajem pyta, jak się mam. Chcę coś odpowiedzieć, ale po prostu nie wiem co. Który to już raz bezskutecznie próbuję wymyślić jakąś inteligentną odpowiedź na tego typu pytanie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest około 4 po południu. Mam już za sobą 15h marszu (nie licząc przerwy na krwotok). Postanawiam iść jeszcze maksymalnie przez 2 godziny, po czym rozbić namiot tam, gdzie uda mi się dotrzeć, i przespać przynajmniej 12 godzin. Słońce zachodzi około siódmej wieczorem, a wschodzi około szóstej rano, więc plan jest w zgodzie z podpowiedzią rozsądku, aby nie wędrować po ciemku, kiedy to cały zestaw nocnych drapieżników, takich jak pumy, kojoty, grzechotniki i skorpiony, wychodzi ze swych norek i rusza na polowanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR70sy1M4I/AAAAAAAAR60/GoHNGS84nV4/s1600/DSCN9815.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR70sy1M4I/AAAAAAAAR60/GoHNGS84nV4/s400/DSCN9815.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518171588743476098" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Ja, a w tle po prawej - pionowe ściany, które miałem ochotę sforsować ;-)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wędrując Rocky Gap Road odkrywam, jak złudne mogą okazać się trójwymiarowe wirtualne makiety terenu w Google Earth. Planując swoją trasę rozważałem wspięcie się po zboczach otaczających mnie gór, aby zaoszczędzić drogi, a zarazem w krótkim czasie nabyć wysokości przed atakiem na Charleston Peak. Realny świat nie pozostawił cienia wątpliwości - to, co zamierzałem sforsować, okazało się pionową ścianą pasma górskiego wielkości Tatr. Również sama droga okazuje się podchodzić pod górę zaskakująco stromo. W Google Earth wydawała się niemalże płaska.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR8aqfNwtI/AAAAAAAAR68/563RENCQptw/s1600/DSCN9821.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR8aqfNwtI/AAAAAAAAR68/563RENCQptw/s320/DSCN9821.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518172240959357650" /&gt;&lt;/a&gt;Około 6:00 docieram na przewyższenie Red Rock Summit, usytuowane na wysokości 1960 m n.p.m. Słońce szykuje się już, by ukryć się za linią szczytów, biorę się więc za rozbijanie namiotu. Grunt okazuje się jednak niepodatny na wbicie śledzia. Jestem zbyt zmęczony, aby kombinować. Łapię za najbliższą leżącą gałąź i wykorzystuję ją do zaczepienia linek od namiotu. Pozostałe linki przygniatam kamieniami. Namiot nie robi wrażenia stabilnego, ale szczęśliwie nie ma tu silnych wiatrów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR8krW35YI/AAAAAAAAR7E/lRtQDxsOD5w/s1600/DSCN9823.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR8krW35YI/AAAAAAAAR7E/lRtQDxsOD5w/s320/DSCN9823.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518172412991497602" /&gt;&lt;/a&gt;Teoretycznie, w dalszym ciągu znajduję się na chronionym obszarze. Kładę się spać z nadzieją, że w ciągu najbliższych 12 godzin nikt z osób zaangażowanych w opiekę nad tym terytorium nie zechce się tędy przemieszczać. Nie chce mi się całkowicie rozpakowywać plecaka, kładę się więc na twardym, kamienistym podłożu, podkładając sobie pod biodra jedynie mój prowizoryczny mapnik. Zasypiam natychmiast.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W środku nocy budzi mnie zimno, wiatr i mrożące krew w żyłach dźwięki. Słyszę wokół siebie jakieś węszenie, dyszenie i prychanie. Prawdopodobnie to tylko łopotanie namiotu... jednak wyrwany ze snu zmagam się z powstającymi w mojej wyobraźni obrazami watahy kojotów albo zdziczałych psów, które wychwyciły unoszące się w powietrzu cząsteczki zapachowe pozostawione przez mój prowiant i teraz szukają sposobu, by odnaleźć ich źródło. Przychodzi mi do głowy, że nawet niewielki nacisk ze strony takiego zwierzaka może bez trudu przewrócić mój namiot, a wtedy moje schronienie, oddzielające mnie od świata zewnętrznego, zmieni się w pułapkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym samym momencie zaczynam telepać się z zimna jak epileptyk. Próbuję się opanować, gdyż wywołuje to dobrze słyszalny hałas. Nagle jednak uświadamiam sobie, co to za hałas - trzęsę się tak intensywnie, że przypomina to odgłos grzechotnika. Wpada mi do głowy idiotyczna myśl, że wytwarzając ten odgłos mogę odstraszyć inne nocne drapieżniki. Zaczynam więc trząść się bardziej ochoczo. Wkrótce jestem rozgrzany na tyle, że zasypiam, nawet tego nie zauważając. Reszta nocy upływa mi na takich właśnie cyklach przebudzania się po to, aby się chwilę potrząść, i następnie zasypiania, aż do momentu ponownego wychłodzenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy tylko mroki nocy zostają rozproszone przez poranną szarość, wstaję aby zebrać się do drogi. Jest około wpół do szóstej rano. Sam już nie wiem, czy się wyspałem czy nie; czuję jedynie ulgę, że mam już tą groteskową noc za sobą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR83WDNsyI/AAAAAAAAR7M/W40YIx7Fx24/s1600/DSCN9830.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR83WDNsyI/AAAAAAAAR7M/W40YIx7Fx24/s200/DSCN9830.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518172733689410338" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR9DBbHYoI/AAAAAAAAR7U/_x9FAAimx8M/s1600/DSCN9832.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR9DBbHYoI/AAAAAAAAR7U/_x9FAAimx8M/s320/DSCN9832.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518172934310945410" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Gdy robi się jaśniej, dostrzegam na niebie przedziwne chmury. Po ukazaniu się słońca na tle pobliskiego szczytu pojawia się tęcza, a zarazem daje się słyszeć złowieszczy grzmot. Tuż po pośpiesznym spożyciu śniadania ponownie dostaję krwotoku. W tym samym czasie zaczyna padać. Zastanawiam się, jak często tutaj pada - i jak dużego muszę mieć pecha, żeby zaczęło padać akurat wtedy, kiedy tu jestem, i akurat w tym samym momencie, w którym zaczyna mi lecieć krew z nosa. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przynajmniej nie pada zbyt intensywnie - czekam więc, aż krwotok ustanie, co dzieje się dość szybko, i ruszam w dalszą drogę. Na szczęście, droga wiedzie teraz w dół, nie jest więc zbyt męcząca. Wkrótce deszcz słabnie na tyle, że ubranie zaczyna szybciej schnąć niż moknąć, więc w zasadzie problem mam z głowy. Ciągle jednak słychać niepokojące grzmoty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR9VfMpI4I/AAAAAAAAR7c/njXr_1zVMcs/s1600/DSCN9833.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR9VfMpI4I/AAAAAAAAR7c/njXr_1zVMcs/s320/DSCN9833.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518173251540951938" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Mijam tablicę z nazwą tego miejsca: Rainbow Wilderness Area. Wygląda więc na to, że przynajmniej tęcza nie jest tu rzadkim zjawiskiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR9rCCbL9I/AAAAAAAAR7k/6A7VuVlYEQk/s1600/DSCN9840.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR9rCCbL9I/AAAAAAAAR7k/6A7VuVlYEQk/s320/DSCN9840.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518173621670588370" /&gt;&lt;/a&gt;Około ósmej docieram na sam dół, do pokrytej asfaltem drogi ciagnącej się dnem Lovell Canyon. Widzę tablice ze znakami ograniczenia prędkości, pierwsza z nich jest podziurawiona przez kule średniego kalibru, z kolei druga - przez śrut. To się nazywa Dziki Zachód. Dla złagodzenia efektu, widzę też ślady obecności skautów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR98ROFhLI/AAAAAAAAR70/MEzhgfjr1dw/s1600/DSCN9843.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR98ROFhLI/AAAAAAAAR70/MEzhgfjr1dw/s200/DSCN9843.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518173917803807922" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR92RQwKKI/AAAAAAAAR7s/qIhMz1RA0Sc/s1600/DSCN9841.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR92RQwKKI/AAAAAAAAR7s/qIhMz1RA0Sc/s200/DSCN9841.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518173814735775906" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR-DcKaRGI/AAAAAAAAR78/kfcbEuiAYdo/s1600/DSCN9842.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR-DcKaRGI/AAAAAAAAR78/kfcbEuiAYdo/s320/DSCN9842.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518174041000264802" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR-YiDi2KI/AAAAAAAAR8E/84x5PME7tD0/s1600/DSCN9847.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR-YiDi2KI/AAAAAAAAR8E/84x5PME7tD0/s320/DSCN9847.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518174403359332514" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W czasie, gdy połykam kolejne kilometry asfaltu, dogania mnie burza. Zaczyna lać, i to obficie. Na niebie grzmi i błyska -  a ja jestem niby w kanionie, ale tak naprawdę na otwartej przestrzeni, i nie mam żadnej ochrony przed deszczem poza moim wielofunkcyjnym mapnikiem (swoją drogą, będącym pozostałością po materiałach do pracy magisterskiej). Z pamięci wyłania się wizja kolejnego zagrożenia: w górach na terenach pustynnych dość częstym zjawiskiem są tak zwane flash floods, czyli błyskawiczne powodzie. Osobiście wolę bardziej zabawną nazwę: flush floods, czyli powodzie-spłuczki. Podczas takiej powodzi, będącej efektem ulewnego deszczu, którego skaliste podłoże nie jest w stanie wchłonąć, wszystko, co ma pecha znajdować się w tym czasie w kanionie, zostaje po prostu - spłukane.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR-l7Nu3QI/AAAAAAAAR8M/kcelDAgE2vk/s1600/DSCN9848.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR-l7Nu3QI/AAAAAAAAR8M/kcelDAgE2vk/s320/DSCN9848.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518174633451248898" /&gt;&lt;/a&gt;Około 9:30 docieram do rozwidlenia, skąd jedna z dróg prowadzi dalej wzdłuż kanionu aż do jego końca u zbocza pasma górskiego, natomiast druga, nosząca nazwę Lovell Summit Road, skręca w lewo i pnie się w górę, a następnie wyprowadza potencjalnego wędrowca wprost na pustynię. Mój pierwotny plan, mieszczący w sobie zdobycie Charleston Peak, zakładał pójście prosto. I tym razem jednak rzeczywistość stawia mi na drodze barierę, w postaci tabliczki z napisem "Private Property, No Trespassing!". Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko skręcić w lewo. Jest to o tyle rozsądne, że po pokonaniu odcinka pustyni mam szansę dotrzeć do autostrady, a następnie do miasteczka Pahrump, gdzie czeka na mnie całodobowy supermarket Walmart, z wodą i prowiantem na ewentualną dalszą podróż. Niestety, nie posiadam żadnej mapy odcinka, który muszę teraz pokonać, będzie to więc czysty odczyt z obrazu pamięciowego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR-__d7YHI/AAAAAAAAR8U/JW_UzRNqNKg/s1600/DSCN9868.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR-__d7YHI/AAAAAAAAR8U/JW_UzRNqNKg/s320/DSCN9868.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518175081269518450" /&gt;&lt;/a&gt;Droga podchodzi stromo pod górę, deszcz przynosi jednak pewne orzeźwienie i pozwala mi zaoszczędzić trochę wody. Nawet nie zauważam, kiedy docieram na przewyższenie Lovell Summit, na wysokości około 2070 m n.p.m. Za plecami rozpościera się widok na rozmyte w smugach deszczu kontury gór, z kolei przede mną dostrzegam dolinę, a w niej niezwykłą plątaninę ścieżek. Przypominam sobie to miejsce widziane na Google Maps. Formalnie nie ma tu nic -  a jednak stoją tu i ówdzie jakieś przyczepy campingowe i domki, rozsiane po dnie doliny i na zboczach wzgórz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przechodząc przez ten teren, mam okazję oglądać chyba każdy możliwy wariant tabliczki o ogólnym przekazie "Zakaz wstępu". Czuję się jak w jakimś kuriozalnym muzeum. Na szczęście, odcinek wiodący przez to jakże prywatne terytorium ma jedynie 1.1 mili długości - i żadna z napotkanych tabliczek nie zabrania mi iść dalej, a jedynie skręcać w którąkolwiek z licznych ścieżek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR_1QpWseI/AAAAAAAAR88/w2qHfjecr0Y/s1600/DSCN9872.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR_1QpWseI/AAAAAAAAR88/w2qHfjecr0Y/s200/DSCN9872.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518175996413915618" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR_wuZH5NI/AAAAAAAAR80/z7GEYFBe0h0/s1600/DSCN9870.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR_wuZH5NI/AAAAAAAAR80/z7GEYFBe0h0/s200/DSCN9870.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518175918499554514" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR_qpbQpsI/AAAAAAAAR8s/hLVJWnNKltM/s1600/DSCN9869.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR_qpbQpsI/AAAAAAAAR8s/hLVJWnNKltM/s200/DSCN9869.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518175814087124674" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR_jeFBe2I/AAAAAAAAR8k/ye-SjEFRO-o/s1600/DSCN9871.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR_jeFBe2I/AAAAAAAAR8k/ye-SjEFRO-o/s200/DSCN9871.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518175690781981538" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR_dCTfOBI/AAAAAAAAR8c/xgYGgRANAJc/s1600/DSCN9866.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJR_dCTfOBI/AAAAAAAAR8c/xgYGgRANAJc/s200/DSCN9866.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518175580247242770" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSACtNjNZI/AAAAAAAAR9E/h25TD5qAid4/s1600/DSCN9863.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSACtNjNZI/AAAAAAAAR9E/h25TD5qAid4/s320/DSCN9863.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518176227420222866" /&gt;&lt;/a&gt;W międzyczasie napotykam na drodze dar od Boga - zgubiony śpiwór, który najprawdopodobniej wypadł z przejeżdżającego tędy samochodu. Nie wypada odrzucać takiego prezentu, ale z drugiej strony - ktoś może jeszcze po ten śpiwór wrócić, a z trzeciej strony - nie chcę się dodatkowo obciążać, choć z całą pewnością zabranie tego cudownego artefaktu pozwoliłoby mi uniknąć drgawek podczas następnego noclegu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSBKdqGstI/AAAAAAAAR9M/fbz6KlB2ubc/s1600/DSCN9882.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSBKdqGstI/AAAAAAAAR9M/fbz6KlB2ubc/s320/DSCN9882.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518177460195603154" /&gt;&lt;/a&gt;W trakcie dalszej wędrówki jestem świadkiem stopniowej, lecz stanowczej zmiany klimatu. Deszcz nie pada już od momentu, w którym pokonałem przewyższenie. Chmury zaczynają się przerzedzać, po czym w pewnym miejscu znikają jak ucięte nożem, odsłaniając nieskazitelnie błękitne niebo. Mniej więcej na tej samej granicy zanikają drzewa. Powracam na pustynię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSB3P3rklI/AAAAAAAAR9c/98mHeCBAESA/s1600/DSCN9920.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSB3P3rklI/AAAAAAAAR9c/98mHeCBAESA/s200/DSCN9920.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518178229588562514" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSBgbH3sTI/AAAAAAAAR9U/zesDTYzBWjo/s1600/DSCN9901.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSBgbH3sTI/AAAAAAAAR9U/zesDTYzBWjo/s320/DSCN9901.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518177837472264498" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Około drugiej po południu docieram do miejsca, gdzie Lovell Summit Road łączy się z Troat Canyon Road. Ta droga zaprowadzi mnie już wprost do autostrady. Tyle, że zanim tam dotrę, czeka mnie jeszcze prawie 12 km wędrówki po niemal idealnie płaskim pustkowiu. Czuję się jak mrówka mająca przejść w poprzek rozgrzanej patelni. W oddali widzę już Pahrump i sąsiadujące z miasteczkiem wyschnięte jezioro, na którym co jakiś czas formują się lokalne burze piaskowe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSC6xSIUxI/AAAAAAAAR9k/8pBQPp0mwzE/s1600/DSCN9923.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSC6xSIUxI/AAAAAAAAR9k/8pBQPp0mwzE/s400/DSCN9923.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518179389609104146" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przestrzeń krainy, do której wkraczam, jest przytłaczająca. To właśnie nazywane jest tutaj doliną - wszystko inne to kaniony. Słynna Dolina Śmierci znajduje się jakieś 100 km na zachód, z kolei Nevada Test Site, czyli miejsce próbnych wybuchów jądrowych, 100 km na północ. Ja sam przyjąłem już śmiertelną dawkę promieni UV na swoje ramiona. Ubrałem więc bluzę z długim rękawem, a żeby się nie zagotować, zdjąłem podkoszulek i rozpiąłem zamek błyskawiczny. Pora opalić brzuch i klatę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSDaibdwOI/AAAAAAAAR9s/tsu-f9TStlk/s1600/DSCN9931.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSDaibdwOI/AAAAAAAAR9s/tsu-f9TStlk/s320/DSCN9931.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518179935377539298" /&gt;&lt;/a&gt;Zapasy wody zbliżają się niebezpiecznie do momentu wyczerpania. Dla orzeźwienia otwieram ostatnią już paczkę żelków. Jedynym źródłem cienia są drewniane słupy elektryczne. Czuję jednak, że nie ma czasu na odpoczynek. Ignoruję nawet porzuconą kanapę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSFsIKxIXI/AAAAAAAAR-c/8Q9O5fi-5CU/s1600/DSCN9937.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSFsIKxIXI/AAAAAAAAR-c/8Q9O5fi-5CU/s320/DSCN9937.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518182436589085042" /&gt;&lt;/a&gt;Do autostrady docieram tuż przed piątą. Została mi jedna mała buteleczka wody z piętnastopaku. 296 mililitrów. A do Pahrump jeszcze - 11 mil. Sporo, gdy to sobie przeliczę na kilometry... Postanawiam jednak się nie poddawać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaczynam wędrówkę wzdłuż autostrady. Idę poboczem po lewej stronie, naprzeciwko nadjeżdżających samochodów. Choć zabrzmi to może nieco idiotycznie - nie chcę być podwożony. I'm a hiker, not a hitch-hiker. Autostopa będę łapać jedynie w ostateczności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSFDE1Ja3I/AAAAAAAAR-U/bMOn-ITa7h8/s1600/DSCN9942.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSFDE1Ja3I/AAAAAAAAR-U/bMOn-ITa7h8/s320/DSCN9942.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518181731318459250" /&gt;&lt;/a&gt;Po drodze zatrzymuje się przy mnie jeden samochód. Po akcencie pasażera wnioskuję, że raczej nie jest Amerykaninem. Pyta mnie o drogę do "słynnego miejsca gdzie można się zabawić z dziewczętami". Kojarzę miejsce, o które mu chodzi. Przeglądając Google Earth byłem ciekaw, co oznacza taka różowa koronka. Zapamiętałem, że miejsce znajduje na południu, na granicy z Kalifornią, dzielę się więc swoją wiedzą z tymi uprzejmymi panami. Gdy odjeżdżają, rozbawia mnie myśl, jak bardzo różna jest preferowana przez nas forma turystyki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSELF1hDFI/AAAAAAAAR98/S3ghdpgX6IM/s1600/DSCN9950.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSELF1hDFI/AAAAAAAAR98/S3ghdpgX6IM/s320/DSCN9950.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518180769515768914" /&gt;&lt;/a&gt;Resztki wody wyczerpują się dość szybko, a wędrówka wzdłuż szosy nie ma końca. Słońce zniża się coraz bardziej, zbliżając się do górzystego horyzontu. Znajduję ulgę w cieniu rzucanym przez ogromne bilboardy. Tak naprawdę po mojej lewej stronie już od dłuższego czasu widzę w oddali domy i ulice. To "miasteczko" jest w istocie wielkości połowy Las Vegas, ma tylko 10-krotnie mniejszą populację. Gdy docieram do triumfalnego napisu "Welcome to Pahrump", jest już ciemno.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wchodzę do pierwszego napotkanego baru, Quiznos Sub. Zamykają o 9, jest 8:20. Jestem uratowany! Zamawiam butelkę oranżady, którą wypijam prawie jednym łykiem, po czym napełniam ją wodą z dystrybutora i piję dalej. W międzyczasie zamawiam Torpedę, czyli długaśną kanapkę z szynką, serem i warzywami. Moja radość jest wielka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSEpj94WqI/AAAAAAAAR-E/pwSh9FMExxY/s1600/DSCN9955.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSEpj94WqI/AAAAAAAAR-E/pwSh9FMExxY/s200/DSCN9955.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518181292999989922" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSEv9JserI/AAAAAAAAR-M/WREeU2Ia4Zo/s1600/DSCN9951.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSEv9JserI/AAAAAAAAR-M/WREeU2Ia4Zo/s200/DSCN9951.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518181402839644850" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dowiaduję się, że naprzeciwko jest tani hotel. Czuję, że dzisiaj dostałem już w kość na tyle, że mogę pozwolić sobie na odrobinę klasycznie pojmowanego luksusu. Postanawiam, że jeśli tylko cena za nocleg będzie niższa niż 30 dolarów, zostaję tu na noc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSGEiPMMnI/AAAAAAAAR-k/QpVzpa-Ivac/s1600/DSCN9956.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSGEiPMMnI/AAAAAAAAR-k/QpVzpa-Ivac/s320/DSCN9956.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518182855903818354" /&gt;&lt;/a&gt;Gdy docieram pod drzwi wejściowe hotelu-kasyna Saddle West, napotykam kartkę z napisem "Drzwi zamknięte z powodu przeciągów. Prosimy skorzystać z innego wejścia". Szukam tego innego wejścia - i nie znajduję. Trochę zbity z tropu, ruszam w głąb miasta. Mijam mój naczelny cel - supermarket Walmart, i idę dalej. Ale dalej jest już tylko ciemność. Cofam się na parking. Pytam dwóch rozmawiających facetów o jakieś tanie hotele. Jeden z nich mówi, że w całym mieście są tylko dwa, oba w tej samej części, którą dopiero co zostawiłem za sobą. Muszę więc tam wrócić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSGPKowLAI/AAAAAAAAR-s/Z15Wi5t0g2w/s1600/DSCN9960.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSGPKowLAI/AAAAAAAAR-s/Z15Wi5t0g2w/s320/DSCN9960.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518183038547143682" /&gt;&lt;/a&gt;Choć nogi bolą mnie znacząco, a zmęczenie zaciemnia obraz, postanawiam skorzystać z bliskości supermarketu i mieć już zakupy z głowy. Zostawiam plecak pod okiem pracownika i zagłębiam się w otchłań sklepowych półek. Kupuję 4 litry taniej oranżady, które planuję wypić jeszcze przed wyjściem w trasę, 3 litry Mountain Dew oraz 3 litry wody w pojedynczej butli. Do tego prowiant: żelki, pieczywo i konserwy. Z trudem udaje mi się zapakować ten cały dobytek. Plecak staje się na nowo nieznośnie ciężki, a do tego ręce zajmują mi dwie siatki z oranżadami. Tak obładowany, ruszam z powrotem do miejsca, które może mi zaoferować jakiś nocleg.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym razem uważnie analizuję hotel i jego otoczenie. Moją uwagę przykuwa parking dla autokarów i przyczep campingowych. Jest tam trochę trawnika oraz toalety. Rozpoczynam więc poszukiwania kogoś, kto mógłby powiedzieć mi, czy mogę w tym miejscu rozbić namiot, co planuję zrobić, gdyby cena pokoju hotelowego okazała się za wysoka. Zbliżając się do hotelu, napotykam pijaną kobietę. Wybiera się do kasyna, więc pokaże mi drogę do wejścia. Droga okazuje się niezwykle kręta, wkrótce jednak trafiam wprost przed oblicze recepcjonistki. Pokój kosztuje 59 dolarów za noc, według moich kryteriów nocleg jest więc poza dyskusją. Recepcjonistka informuje mnie dodatkowo, że nie ma możliwości rozbicia namiotu na tym parkingu, który widziałem, jednak po drugiej stronie autostrady znajduje się charakterystyczny hotel-kasyno Terrible's, który posiada miejsce dla namiotów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSGchZTsnI/AAAAAAAAR-0/Uver8l-6drc/s1600/DSCN9967.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSGchZTsnI/AAAAAAAAR-0/Uver8l-6drc/s320/DSCN9967.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518183267994677874" /&gt;&lt;/a&gt;Ruszam więc ponownie w kierunku północnym i zachodzę do owego przesiąkniętego specyficznym klimatem przybytku, który mógłbym określić jako swoisty koncentrat motywów dziko-zachodnich. Kasyno poraża wzrok bogactwem wystroju. Rozglądam się w lekkim szoku. Przedstawiam swój problem młodemu elegantowi w białej koszuli. Ten kieruje mnie do jakiejś równie eleganckiej kobiety. Ta jednak, gdy do niej podchodzę, wpada w jakąś dziwną panikę i zaczyna mnie przestawiać w inne miejsce. Wygląda na to, że naruszyłem zarezerwowaną dla niej przestrzeń pomiędzy ladą a jakimś meblem i złamałem w ten sposób konwencje panujące w kasynie. Dopiero gdy przesuwam się na odpowiedni teren, relacje między nami wracają na właściwe tory i możemy zacząć rozmowę. Pytam więc o miejsce dla namiotu. Kobieta nie wie nic na ten temat. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSGrwM0mTI/AAAAAAAAR-8/x70uV24fBsY/s1600/DSCN9969.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 240px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSGrwM0mTI/AAAAAAAAR-8/x70uV24fBsY/s320/DSCN9969.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518183529666877746" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Ostatecznie odsyła mnie do szefa wszystkich szefów, a raczej, sądząc po jego ubraniu, szeryfa wszystkich szeryfów. Ten sympatyczny starszy pan informuje mnie, że co prawda ich hotel nie posiada miejsca dla namiotów, jednak proponuje mi inne rozwiązanie. Mam się mianowicie udać wzdłuż jednej z bocznych ulic, aż do jej końca, gdzie znajduje się spontaniczne obozowisko różnych szumowin, bezdomnych i tym podobnych. Policja zazwyczaj zostawia to miejsce w spokoju, jeśli więc potrafię obronić się przed "zewnętrzną ingerencją", jest to najlepsze wyjście dla mojej sytuacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed odejściem facet pyta mnie o pochodzenie. Gdy odpowiadam, stwierdza, że zna wielu Polaków, wymienia mi kilka nazwisk kończących się na -ski. Rzucam mu swoje własne do kolekcji. Ku mojemu zdziwieniu, wymawia je bezbłędnie. Żegnamy się w bardzo serdecznej atmosferze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podążając wskazaną drogą dociera do mnie oczywisty fakt - gość wziął mnie za regularnego włóczęgę. Brudne i niespecjalnie wyszukane ubranie, rozdzierający się plecak, siatki z zakupami, zarost i ślady krwi na twarzy... Dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak wyglądam. Dziwnym trafem, ukryłem wszystkie swoje atrybuty podróżnicze, takie jak kapelusz, kompas, latarkę czy mapnik. Raczej nie przekonałem go samymi słowami "I am a hiker, but a kind of oldfashioned". Facet chciał się mnie zwyczajnie pozbyć. Może lepiej nie iść za jego radą?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po drodze mijam jeszcze wejście na parking podobny do tego, jaki widziałem przy Saddle West. Tym razem jest budka, w środku strażnik gra na komputerze w pasjansa. To moja ostatnia szansa - pytam, czy mogę rozbić namiot gdzieś na trawie na tym terenie. I tym razem spotykam się z odmową - ale przynajmniej w oczach tego człowieka widzę szczery żal.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Docieram do końca ulicy. Dalej jest już tylko ciemność i pustka. Gdzieś w oddali widzę jakieś nikłe światełka - to pewnie wspomniane wcześniej obozowisko. Nie zamierzam ryzykować spotkania z jego mieszkańcami. Postanawiam rozbić namiot w miejscu, do którego dotarłem. Nie ma tu zupełnie nic. Nie wierzę, że ktoś mógłby się do mnie przyczepić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSHGtro1NI/AAAAAAAAR_E/o9Hh2477nf4/s1600/DSCN9970.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSHGtro1NI/AAAAAAAAR_E/o9Hh2477nf4/s320/DSCN9970.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518183992847291602" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSHQqLkUqI/AAAAAAAAR_M/aT090ZOIFNk/s1600/DSCN9971.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSHQqLkUqI/AAAAAAAAR_M/aT090ZOIFNk/s200/DSCN9971.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518184163706163874" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Grunt jest piaszczysty i pełen kamieni. Wbijanie śledzi przychodzi z trudem, a i wówczas nie są stabilne. Pierwsza próba kończy się wywróceniem namiotu przez nasilający się wiatr. Ustawiam więc go w pozycji aerodynamicznej. W końcu udaje się - ale tylko na kilka sekund. Trzeciej próby już nie podejmuję. Wycofuję się z tego obszaru. Niemal natychmiast odkrywam, że to sam Pan Bóg zmusił mnie do rezygnacji - tuż obok w świetle latarki odkrywam spore mrowisko. Mieszkające tu mrówki nie są normalnych rozmiarów. Gdybym tu nocował, kto wie, czy nie obudziłbym się pod ziemią.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSHuMv_RcI/AAAAAAAAR_U/fmWqrUaq4NM/s1600/DSCN9972.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSHuMv_RcI/AAAAAAAAR_U/fmWqrUaq4NM/s320/DSCN9972.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518184671201936834" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest godzina pierwsza w nocy. Straciłem w tym mieście 4 godziny na zakupy i poszukiwanie noclegu. Jestem wycieńczony i obolały. Mój plecak waży tyle, że z trudem jestem w stanie zarzucić go na plecy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSIGB8mPpI/AAAAAAAAR_c/qlkeDRxyFXE/s1600/DSCN9992.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSIGB8mPpI/AAAAAAAAR_c/qlkeDRxyFXE/s320/DSCN9992.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518185080618892946" /&gt;&lt;/a&gt;A więc... w drogę! Po raz kolejny przekonuję się, że nie ma lepszego dopalacza, niż dzika furia. O brzasku mam już za sobą 11-milowy odcinek autostrady. Wschód słońca zastaje mnie już na znajomej pustynnej drodze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Postanawiam wrócić do Las Vegas tą samą drogą. Trasa jest sprawdzona - wiem, którędy iść oraz ile czasu mi to zajmie. Jest środa, a w sobotę rano mam samolot z powrotem do Houston. Nie mogę ryzykować spóźnienia tylko po to, aby urozmaicić sobie wyprawę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wędrując wstecz odkrywam, że droga wiedzie lekko pod górę - i nie jest to złudzenie spowodowane zwiększonym ciężarem plecaka. Dociera do mnie, że gorąca część trasy może zająć mi nieco więcej czasu, niż kiedy przemierzałem ją w przeciwnym kierunku, nie zwracając uwagi na nachylenie, jako że schodziłem w dół.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSIwJu6kXI/AAAAAAAAR_k/QmxVybCvcwk/s1600/DSCN9995.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSIwJu6kXI/AAAAAAAAR_k/QmxVybCvcwk/s400/DSCN9995.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518185804263494002" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSJQB3f7LI/AAAAAAAAR_s/mh5d02n6sWQ/s1600/DSCN0005.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSJQB3f7LI/AAAAAAAAR_s/mh5d02n6sWQ/s320/DSCN0005.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518186351907826866" /&gt;&lt;/a&gt;Słońce nagrzewa patelnię bardzo szybko. Jeszcze przed dotarciem do pagórków wędrówka zmienia się w istne piekło. Kiedy szedłem tędy poprzedniego dnia, szedłem na zachód, i to akurat wtedy, gdy słońce zbliżało się ku zachodowi. Teraz idę na wschód - i słońce znajduje się po drugiej stronie nieboskłonu. Wygląda na to, że za każdym razem muszę dostać po oczach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSJeC5jAKI/AAAAAAAAR_0/NsSH69Y3_Vk/s1600/DSCN0008.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSJeC5jAKI/AAAAAAAAR_0/NsSH69Y3_Vk/s320/DSCN0008.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518186592703021218" /&gt;&lt;/a&gt;Piję ogromne ilości oranżady, której chcę się jak najszybciej pozbyć. W międzyczasie mija mnie kilka samochodów terenowych, część wraca z Trout Canyon a część jedzie w tamtym kierunku; żaden z samochodów nie skręca w Lovell Summit Road. Mogę to stwierdzić, obserwując ogromne chmury kurzu wzbijane przez koła, widoczne z dużej odległości. Kilka razy kierowcy zatrzymują się przy mnie. Za każdym razem są mocno zdziwieni moją obecnością w tym miejscu. Moja ulubiona rozmowa z jednym z nich brzmiała mniej więcej tak:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;kierowca: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Hey! Are you lost?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;ja: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;No, I'm going to Las Vegas.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;kierowca: ---&lt;br /&gt;ja: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Actually I came here from Las Vegas, and now I'm going back. I know the trail already, so I won't get lost.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;kierowca: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;I've never seen anyone hiking this trail!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szczerze mówiąc, przyłapuję się na tym, że w momencie, gdy ktokolwiek pojawia się w pobliżu, staram się wyglądać lepiej, pokazując, że wszystko ze mną ok. Natomiast gdy nie ma nikogo w zasięgu wzroku, zaczynam ponownie "iść normalnie", a więc powracam do trybu powłóczenia nogami, garbiąc się pod ciężarem plecaka i dysząc jak lokomotywa. Z ust zaczynają cyklicznie wydobywać się jakieś dziwaczne dźwięki, których generowanie przy wydmuchiwaniu powietrza przynosi mi jakąś niesprecyzowaną ulgę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSKIRM93CI/AAAAAAAAR_8/sQ5OEZ9tOmI/s1600/DSCN0010.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSKIRM93CI/AAAAAAAAR_8/sQ5OEZ9tOmI/s320/DSCN0010.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518187318097075234" /&gt;&lt;/a&gt;Po kilku godzinach orientuję się, co jest tego przyczyną - mam totalnie zatkany nos. Podejrzewam, że w środku utworzył mi się jakiś wredny skrzep, blokując całkowicie przepływ powietrza. Około 10:15 zatrzymuję się pod jedynym znaczącym źródłem cienia w okolicy - tablicą informującą o wkraczaniu na teren Spring Mountains.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy wydmuchuję nos, zaczyna się koszmar. Krwotok jest tak obfity, że nie mogę się ruszyć, nie powodując zachlapania wszystkiego, co mam na sobie. Spędzam ponad półtorej godziny, myśląc o jakimś sposobie wezwania pomocy. Niestety, tą drogą nie przejeżdża żaden samochód. Musiałbym wrócić na Trout Canyon Road. Czy pozostaje mi już tylko wezwanie pogotowia? Prawdopodobnie z miejsca, w którym jestem, i tak nie ma zasięgu. Ostatecznie nawet tego nie sprawdzam - telefon na 911 oznaczałby definitywne zakończenie wyprawy, a do tego niewyobrażalne koszta. W tym strasznym kraju nawet najbardziej podstawowa opieka zdrowotna jest tak droga, że zapłacenie choćby tych 20% nie pokrytych przez ubezpieczenie zadłużyłoby mnie na wiele miesięcy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W końcu postanawiam zablokować krwotok sporym zwitkiem papieru toaletowego. Czuję, jak krew gromadzi się i zaczyna przelewać do gardła. Staram się do tego nie dopuścić, wiedząc, jak szkodliwa jest krew dla przewodu pokarmowego. W efekcie krew wydostaje się z nosa drugą dziurką. Nic nie może jej zatrzymać. Skąd u mnie tak obniżona krzepliwość?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSKeWTGIhI/AAAAAAAASAE/4NHErPt3Wtw/s1600/DSCN0015.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSKeWTGIhI/AAAAAAAASAE/4NHErPt3Wtw/s200/DSCN0015.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518187697422082578" /&gt;&lt;/a&gt;Około południa, po nieskończenie długim czasie bezruchu w oczekiwaniu na zasklepienie się naczyń krwionośnych, cierpliwość przynosi upragniony efekt. Decyduję się na ryzykowny krok: ponowne wydmuchanie nosa. Na dłoni ląduje mi gigantyczny, jaskrawo czerwony skrzep wielkości tłustej myszy. Krwawienie jest już bardzo słabe, po chwili przemywania wodą ustaje całkowicie. Mam przed sobą wielką czerwoną plamę. Jeśli ktoś zajdzie kiedyś w to miejsce, pomyśli pewnie, że popełniono tu morderstwo, i to z użyciem ostrego narzędzia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem tak słaby, że siedzę jeszcze przez jakiś czas, pogrążony w myślach. Myślę o swoim życiu i o tym, czy warto je ryzykować w tak głupi sposób. Mam wreszcie to czego chciałem - dotarłem do granic swoich możliwości. Trzeba się było jednak wcześniej zastanowić, co będzie, kiedy to już nastąpi - zwłaszcza, gdy nastąpi to na środku pustkowia, z dala od jakiegokolwiek źródła pomocy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cień, w którym znajduję schronienie, kurczy się coraz bardziej. Czuję już na głowie mordercze ciepło promieni słonecznych. Mam mało czasu, muszę więc podjąć jakąś decyzję. Przede wszystkim, posilam się konserwą i pieczywem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W akcie łagodnego przypływu energii odzywa się twarda część mojej natury. Krew z nosa? A cóż to jest? Tylko panienki i małe dzieci robią z tego wymówkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSLE1jSZYI/AAAAAAAASAM/qZ8SWmw6aZE/s1600/DSCN0028.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSLE1jSZYI/AAAAAAAASAM/qZ8SWmw6aZE/s320/DSCN0028.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518188358646523266" /&gt;&lt;/a&gt;Idę dalej. Tym razem powoli, bez narzucania sobie wymagającego wysiłku tempa. Droga jest biała jak śnieg i faluje niczym ocean podczas sztormu. Góra, dół, góra, dół... W zagłębieniach powietrze stoi. Jest gorąco i duszno jak w szklarni. Na szczęście, na szczytach pagórków daje się odczuć łagodny górski powiew.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po zaledwie półtorej godziny marszu krwawienie pojawia się znowu. Tym razem to już przegięcie! Idę twardo z kapiącym nosem, starając się wciągać krew wraz z każdym oddechem. I wtedy odkrywam, co jest przyczyną - krwotok zaczyna się za każdym razem, gdy popijam oranżadę. Powtarzam ten eksperyment kilka razy - okazuje się, że działa to niemal jak gaszenie i zapalanie światła. Oranżada jest dosyć kwaśna. Gdy ją popijam, czuję, jak drażni mi podniebienie. A więc cały ten koszmar - przez to jedno wredne chemiczne paskudztwo?!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla porównania, wypijam trochę Mountain Dew. Choć napój ten jest mocno gazowany i zawiera więcej kofeiny niż kawa, nie wywołuje u mnie żadnych nieprzyjemnych efektów. Butelkę z resztą oranżady postanawiam ukryć w plecaku. To ostatnia rzecz, jaką będę teraz pić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym razem nad górami nie ma ani jednej chmurki. Niebo jest nieskazitelnie błękitne, niczym ekran Windowsa po ataku wirusa. Coraz gęściej rosnące drzewa zapewniają odrobinę cienia. Droga pod górę zdaje się nie mieć końca. Mam wrażenie, że już dawno temu powinienem był dotrzeć to tego 1.1-milowego odcinka terenów prywatnych. Tymczasem idę cały czas ostro pod górę, i wszystko wygląda coraz bardziej obco. Nie poznaję krajobrazu wokół siebie. Czyżbym wkroczył na jakąś zupełnie inną trasę, prowadzącą w wyższe partie gór? Myśl ta przeraża mnie. Co prawda, moim pierwotnym planem było zdobycie Charleston Peak - ale robienie tego teraz, w drodze powrotnej, kiedy na dodatek jestem poważnie osłabiony przez upływ krwi... to już raczej nie należy do strefy moich marzeń. Czyżbym musiał się teraz wrócić do miejsca, w którym przeoczyłem jakieś feralne rozwidlenie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSLS_He8NI/AAAAAAAASAU/KIlSGCpNgDk/s1600/DSCN0031.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 240px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSLS_He8NI/AAAAAAAASAU/KIlSGCpNgDk/s320/DSCN0031.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518188601732427986" /&gt;&lt;/a&gt;Dręczony tą myślą, tracę resztki determinacji. Wycieńczony, kładę się na drodze, pod cieniem gałęzi. Jest mi tak dobrze, tak wygodnie... Nie muszę się stąd ruszać. Już zapomniałem, jak to jest odpoczywać. Kiedy ostatnio tak naprawdę odpoczywałem? Po krótkiej analizie stwierdzam, że od chwili mojego przebudzenia poprzedniego dnia nie miałem ani chwili prawdziwego odpoczynku w chociażby półleżącej pozycji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moja uwaga była bez przerwy na najwyższym stopniu pobudzenia. A wszystko to z obawy przed grzechotnikami. Widziałem ich setki - ale były to wyłącznie wytwory mojej wyobraźni. Mój umysł, nastawiony na detekcję wszelkich wężopodobnych kształtów, składał przypadkowe elementy otoczenia, takie jak kamyczki ułożone we wgłębieniach między korzeniami, w postać jadowitego gada, leniwie wylegującego się w cieniu przydrożnych krzaków. Tymczasem zaczynam podejrzewać, że grzechotniki występują tu tak sporadycznie, iż łatwiej byłoby pewnie natrafić na jadowitą żmiję podczas wędrówki przez Góry Sowie - co zdarzyło mi się raz w życiu, pomimo że moje rodzinne góry eksplorowałem niezliczoną ilość razy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przywołałem ze swojej pamięci fragment filmu z Van Dammem, w którym uciekając przed bandytami główny bohater i jego dziewczyna napotykają w lesie zwisającego z drzewa jadowitego węża. Van Damme oczywiście chwyta łeb gada gołymi rękami na chwilę zanim ten atakuje dziewczynę. Jak by tego było mało, konstruują z węża pułapkę, w którą wpada jeden ze zbirów. Zostaje paskudnie ukąszony prosto w twarz - i oczywiście pada martwy po kilku sekundach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Myśląc o tym, w którym ze stanów USA działa się akcja filmu, dostrzegam coś, od czego przechodzą mi ciarki po plecach. Na sąsiednie drzewo wspina się... wąż. Balansując niezgrabnie swoim dość sporym cielskiem, próbuje dostać się na jedną z gałęzi. Nie wierząc własnym oczom, wstaję i wyjmując aparat podchodzę ostrożnie do tego miejsca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wąż okazuje się być paskiem kory, która w specyficzny sposób wyginała się pod lekkim powiewem wiatru. Wygląda na to, że dostałem paranoi. Ile to już nie spałem? Właśnie mijają 33 godziny... Z drugiej strony, jeśli tu rzeczywiście są jakieś węże, lepiej zauważyć tysiąc fałszywych, niż nie zauważyć tego jednego prawdziwego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSMhoCN2PI/AAAAAAAASAc/0wa1yMJyTT0/s1600/DSCN0035.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSMhoCN2PI/AAAAAAAASAc/0wa1yMJyTT0/s320/DSCN0035.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518189952745986290" /&gt;&lt;/a&gt;Ten mały epizod powoduję, że ponownie mobilizuję się do marszu. Postanawiam zaryzykować dalszą wędrówkę drogą, na której już jestem. Okazuje się to słuszną decyzją. Po pewnym czasie pojawiają się znajome elementy krajobrazu, w tym kolekcja tabliczek "Private property, No trespassing!". To tylko zmiana pogody i oświetlenia sprawiły, że wszystko wyglądało zupełnie inaczej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSMxeyJADI/AAAAAAAASAk/6By0mKQxTGU/s1600/DSCN0045.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSMxeyJADI/AAAAAAAASAk/6By0mKQxTGU/s400/DSCN0045.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518190225140547634" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Widoki z Lovell Summit, najwyższego punktu całej trasy&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSNQm-DBeI/AAAAAAAASAs/_qckTy1PsvA/s1600/DSCN0052.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSNQm-DBeI/AAAAAAAASAs/_qckTy1PsvA/s320/DSCN0052.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518190759913915874" /&gt;&lt;/a&gt;Około 6 docieram na Lovell Summit. Wiatr jest tu porywisty, więc schodzę odrobinę niżej. Przy pierwszym zakręcie napotykam idealne miejsce na rozbicie namiotu. Nie ma wiatru, a grunt jest gliniasty. Tym razem namiot prezentuje się elegancko i pewnie. Postanawiam włożyć nieco więcej wysiłku w przygotowanie sobie posłania. Opróżniam plecak z całej zawartości i robię z niego ersatz karimaty. Muszę przyznać, że jest dosyć wygodny, choć nie wystarcza na całą długość ciała, więc pod ramiona podkładam mapnik, a pod głowę zwinięte w kłębek skarpetki i podkoszulek, jeszcze nie używane. Przychodzi mi do głowy pomysł, aby obejrzeć z przełęczy zachód słońca - ale tym razem zmęczenie bierze górę. Po 37 godzinach wyczerpującej wędrówki moja świadomość dosłownie przestaje istnieć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W środku nocy jak zwykle budzę się z powodu zimna i odkrywam, że leżę na gołej ziemi, od której dzieli mnie jedynie cienka podłoga namiotu. Mój plecak o dziwo przemieścił się w dół i ogrzewa teraz moje nogi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSNdyBETFI/AAAAAAAASA0/duf7CdLeZl8/s1600/DSCN0062.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSNdyBETFI/AAAAAAAASA0/duf7CdLeZl8/s320/DSCN0062.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518190986217671762" /&gt;&lt;/a&gt;Układam plecak ponownie w pozycji służącej za karimatę. Postanawiam wykorzystać wreszcie coś, co noszę w apteczce od jakichś trzech lat - folię NRC. Upewniam się w świetle latarki, która ze stron jest tą grzejącą, i owijam się szeleszczącym materiałem niczym kołdrą, od stóp aż do głowy. Co za ulga! Nie jest jakoś rewelacyjnie ciepło, ale wreszcie przestaję się trząść.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że nocuję na wysokości ponad 2000 metrów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rano wstaję wraz ze wschodem słońca. Czuję się znakomicie. Jeśli się sprężę, to może być mój ostatni dzień wędrówki - mam szansę jeszcze dziś dotrzeć do Las Vegas. Ruszam w dół, do Lovell Canyon, podziwiając piękno otoczenia, które po raz pierwszy mam okazję oglądać w promieniach słońca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSN-v6VnHI/AAAAAAAASA8/pC558PR9Rj4/s1600/DSCN0073.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSN-v6VnHI/AAAAAAAASA8/pC558PR9Rj4/s320/DSCN0073.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518191552588258418" /&gt;&lt;/a&gt;Dopóki idę w dół i po płaskim, wędrówka przypomina sielankę. Mam jednak świadomość, że przede mną ostatni duży wysiłek - ponowna wspinaczka na Red Rock Summit, na wysokość 1960 metrów. Postanawiam podejść do tego ze stoickim spokojem. Osłabienie po krwotoku powoduje, że nie mam siły ani ochoty cisnąć tempa, szczególnie na etapie podchodzenia pod górę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSOShqmL7I/AAAAAAAASBE/mIQIEtugBFg/s1600/DSCN0092.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSOShqmL7I/AAAAAAAASBE/mIQIEtugBFg/s320/DSCN0092.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518191892361523122" /&gt;&lt;/a&gt;Na Rocky Gap Road kilka razy mijają mnie szaleni Amerykańcy na terenowych autkach. Obserwując kolejne odcinki tej drogi zastanawiam się, jak te maszyny są w stanie tędy przejechać. Droga niewiele różni się od wyschniętego strumienia (którym zresztą miejscami prowadzi). Sądzę, że nawet rower górski miał by spore problemy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSOkhjYJAI/AAAAAAAASBM/VjU2g-sK1Vo/s1600/DSCN0095.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSOkhjYJAI/AAAAAAAASBM/VjU2g-sK1Vo/s320/DSCN0095.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518192201568887810" /&gt;&lt;/a&gt;Na Red Rock Summit docieram przed 11:30, co uważam za sukces zważywszy na mój stan. W międzyczasie próbuję przeciwdziałać skutkom oparzeń słonecznych. Poprzednie dwa dni wędrowałem z odkrytym brzuchem - teraz skórę na brzuchu i klatce piersiowej mam bardziej spaloną słońcem, niż ramiona, postanowiłem więc powrócić do trybu podkoszulka z krótkim rękawkiem. Zarazem jednak prawa dłoń, wystawiona na działanie promieni słonecznych bez przerwy od początku wędrówki, została napromieniowana tak intensywnie, że zaczęła puchnąć. Przestraszony tym zjawiskiem, owijam ją w zapasowy podkoszulek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSOyatL4HI/AAAAAAAASBU/Jx_YGACbmXU/s1600/DSCN0098.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSOyatL4HI/AAAAAAAASBU/Jx_YGACbmXU/s400/DSCN0098.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518192440249147506" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSQRXdMESI/AAAAAAAASB8/BA5d7wkYw7Q/s1600/DSCN0119.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSQRXdMESI/AAAAAAAASB8/BA5d7wkYw7Q/s320/DSCN0119.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518194071464317218" /&gt;&lt;/a&gt;Od Red Rock Summit droga wiedzie już cały czas w dół. Ponownie mam okazję podziwiać majestatyczne fasady gór otaczających drogę i tworzących nieprzebytą barierę zamykającą od zachodu płaszczyznę, na której rozpełza się Las Vegas. W połowie zejścia na Rocky Gap Road mijają mnie te same terenówki, jadące tym razem w przeciwnym kierunku. Czyżby to właśnie byli mieszkańcy owych prywatnych posesji, strzelający śrutem w przydrożne tablice?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSPWWWLaCI/AAAAAAAASB0/ivhdT5g9_8I/s1600/DSCN0114.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSPWWWLaCI/AAAAAAAASB0/ivhdT5g9_8I/s200/DSCN0114.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518193057554196514" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSPPfE0mGI/AAAAAAAASBs/5o4vQklrUu0/s1600/DSCN0117.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSPPfE0mGI/AAAAAAAASBs/5o4vQklrUu0/s200/DSCN0117.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518192939638233186" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSPJTTZHlI/AAAAAAAASBk/M8syiLNDx5o/s1600/DSCN0115.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSPJTTZHlI/AAAAAAAASBk/M8syiLNDx5o/s200/DSCN0115.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518192833398906450" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSPC5jpsII/AAAAAAAASBc/-DPUUh5sAi4/s1600/DSCN0113.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSPC5jpsII/AAAAAAAASBc/-DPUUh5sAi4/s200/DSCN0113.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518192723408564354" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSQmvTtFZI/AAAAAAAASCE/oL4tRZuydVQ/s1600/DSCN0140.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 240px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSQmvTtFZI/AAAAAAAASCE/oL4tRZuydVQ/s320/DSCN0140.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518194438644241810" /&gt;&lt;/a&gt;Już około 2:00 docieram do tak zwanej strefy piknikowej w Oak Creek Canyon. Tym razem wybrałem najkrótszą możliwą drogę prowadzącą do Las Vegas. Nie zamierzam po raz kolejny obchodzić dokoła całej góry.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siedząc przy blaszanym stole, obserwuję z niedowierzaniem amerykańskich turystów. Po tych czterech dniach wędrówki kontakt z cywilizowanym światem, w którym ludzie nie muszą podejmować nadludzkiego wysiłku, aby przeżyć, wydaje mi się czymś szokującym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSQxfQrDuI/AAAAAAAASCM/aXIGO-dPvvE/s1600/DSCN0139.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSQxfQrDuI/AAAAAAAASCM/aXIGO-dPvvE/s320/DSCN0139.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518194623315119842" /&gt;&lt;/a&gt;Widzę grupkę facetów w czarnych skórzanych kurtkach. Każdy z nich dosiada potężną ryczącą maszynę o połyskujących blaszanych rurach wydechowych. Gang motocyklowy wybrał się na piknik... Po pewnym czasie odjeżdżają z hukiem godnym prawdziwych twardzieli. Zastanawiam się, który z nich byłby w stanie przetrwać taką wędrówkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednocześnie rozważam na poważnie poproszenie kogoś o pomoc w powrocie do Las Vegas. Obserwuję uważnie ukazujące się osoby. Rodzina z dziećmi, grupka emerytowanych Japończyków, jakaś parka w eleganckim chevrolecie... Przeprowadzam w głowie symulację rozmowy z każdą z tych osób. Wyniki symulacji nie pozostawiają cienia nadziei - żadna z tych osób nie będzie w stanie pojąć mojej sytuacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pół godziny przerwy pozwala mi zebrać resztki sił. Pozbywam się zgromadzonych od Pahrump śmieci, przelewam wodę z 3-litrowej butli do pustych butelek po Mountain Dew. Mam jeszcze dwie paczuszki żelek. Dotrę do Las Vegas o własnych siłach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSRTFI0KYI/AAAAAAAASCU/id918m6FVXM/s1600/DSCN0153.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSRTFI0KYI/AAAAAAAASCU/id918m6FVXM/s320/DSCN0153.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518195200418392450" /&gt;&lt;/a&gt;Wybieram szlak wiodący na przełaj, przez sam środek pustkowia, po najprostszej linii łączącej Picnic Area z Visitors Center. Jest to mój ostatni odcinek przez pustynię. Ostatnie chwile rozkosznego odosobnienia. Jak często zdarzy mi się jeszcze mieć tak absolutną pewność, że znajduję się w centrum koła o promieniu co najmniej półtora kilometra, w którym oprócz mnie nie ma żadnej istoty ludzkiej? Tylko ja i otchłań bezkresnej płaszczyzny...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSSLNPQ0rI/AAAAAAAASCk/FKY_pOXsaKI/s1600/DSCN0158.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSSLNPQ0rI/AAAAAAAASCk/FKY_pOXsaKI/s400/DSCN0158.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518196164665594546" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSR-oi6ovI/AAAAAAAASCc/1PQX-ZoN-gw/s1600/DSCN0175.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSR-oi6ovI/AAAAAAAASCc/1PQX-ZoN-gw/s320/DSCN0175.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518195948657484530" /&gt;&lt;/a&gt;O godzinie 4:30 opuszczam teren Red Rock Canyon. Od tego punktu czekają mnie jeszcze co najmniej 3 godziny wędrówki, zanim dotrę do pierwszych ulic Las Vegas. Sprawdzam godzinę zachodu słońca. Okazuje się, że nie zdążę przed zmrokiem. Nie zamierzam ryzykować wędrówki przez pustynię po ciemku, tym bardziej że droga na tym odcinku nie jest pewna. Jedynym rozwiązaniem jest wędrówka wzdłuż autostrady, która niestety wydłuży nieco moją trasę, ale za to pozwoli szybciej dotrzeć na teren miasta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSSl_2ME_I/AAAAAAAASCs/iviOzCm_Gsk/s1600/DSCN0188.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSSl_2ME_I/AAAAAAAASCs/iviOzCm_Gsk/s400/DSCN0188.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518196624927233010" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSS5GnNmuI/AAAAAAAASC0/JzPAHz-d8Yg/s1600/DSCN0197.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSS5GnNmuI/AAAAAAAASC0/JzPAHz-d8Yg/s320/DSCN0197.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518196953160981218" /&gt;&lt;/a&gt;I znów idę poboczem, naprzeciw autom, obserwując swój wydłużający się cień. W połowie odcinka dzielącego mnie od granicy miasta robię sobie ostatni postój i ostatni posiłek, siadając w cieniu jakiegoś krzewu, ukryty przed wzrokiem kierowców dzięki niewielkiej kupce gruzu. Siedzę tuż obok ogrodzenia, które ciągnie się wzdłuż całej autostrady. Zastanawia mnie, że każdy chce tu coś zawłaszczyć, nawet pustynię. To czyni potencjalną spontaniczną wędrówkę w stylu cross-country całkowicie niemożliwą. Dlaczego kaprys jednego lub kilku ludzi sprawia, że nie mogę przemieszczać się dowolnie, a jedynie po wyznaczonych trajektoriach, takich jak autostrada? Co komu po tym bezużytecznym pustkowiu? I dlaczego chce ten ktoś mieć je wyłącznie dla siebie? Chyba nie po to, aby każdego dnia wyruszać na 100-kilometrowy samotny spacerek?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSTUzwq8vI/AAAAAAAASC8/Rj-iclUubYU/s1600/DSCN0206.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSTUzwq8vI/AAAAAAAASC8/Rj-iclUubYU/s320/DSCN0206.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518197429136716530" /&gt;&lt;/a&gt;O godzinie 6:20 docieram do ostrej jak brzytwa granicy miasta. Ni stąd ni zowąd pojawiają się, skryte za murem niczym za barykadą, luksusowe rodzinne domki dzielnicy Summerlin. Z mojej pamięci wyłania się fotografia zapamiętana ze specjalnego wydania National Geographic na temat miast. Las Vegas to jedno z najdynamiczniej rozrastających się miast świata. Toczy więc zaciętą walkę z pustynią, wydzierając jej coraz to nowe tereny. Właśnie przekraczam linię frontu tej walki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSTgTqW_kI/AAAAAAAASDE/M4bP4AMS0KA/s1600/DSCN0203.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSTgTqW_kI/AAAAAAAASDE/M4bP4AMS0KA/s400/DSCN0203.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518197626678738498" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pole bitwy miasto-pustynia&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pełen satysfakcji, kroczę eleganckim chodnikiem w cieniu domków. Czuję się uratowany. Postanawiam przy najbliższej okazji złapać autobus i zakończyć wyprawę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słyszę jednak nasilający się głos sprzeciwu. Jeśli wsiądę w autobus, wyprawa nie będzie się liczyć. Zaczynam kłócić się sam ze sobą. To przecież idiotyzm! Nie bądź dzieckiem, jesteś w stanie krytycznym. Chcesz paść ze zmęczenia na ulicach miasta, tuż przed metą? Jeśli zdecydujesz się iść do samego końca, przed tobą jeszcze ogromny kawał drogi - wylądowałeś w innym miejscu, niż pierwotnie planowałeś...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSUQiVQ3iI/AAAAAAAASDM/p76w-DEppZI/s1600/DSCN0210.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSUQiVQ3iI/AAAAAAAASDM/p76w-DEppZI/s320/DSCN0210.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518198455250509346" /&gt;&lt;/a&gt;No cóż... Jak każdy idiota, również mój jest piekielnie uparty. Może zmieniłby zdanie, gdyby wiedział, że wędrówka przez miasto zajmie pełne 7 godzin.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSUc4PTNjI/AAAAAAAASDU/4aa7Mdf8AoI/s1600/DSCN0215.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSUc4PTNjI/AAAAAAAASDU/4aa7Mdf8AoI/s320/DSCN0215.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518198667289507378" /&gt;&lt;/a&gt;Przez pierwsze dwie godziny jest jeszcze ok. Słońce zaszło, zaczyna robić się chłodno. Podnoszę sobie morale, śpiewając ulubione pieśni marszowe, rosyjską Katiuszę na zmianę ze współczesną francuską piosenką projektu Dernière Volonté, Au Travers De Lauries:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Il s'en va t'en guerre, ne sait quand reviendra&lt;br /&gt;Il reviendra à Pâques ou à la Trinité...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSUtQl64XI/AAAAAAAASDc/39mIHhmdHNU/s1600/DSCN0222.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSUtQl64XI/AAAAAAAASDc/39mIHhmdHNU/s320/DSCN0222.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518198948704739698" /&gt;&lt;/a&gt;O godzinie 9 odechciewa mi się jakiegokolwiek śpiewania. Twardy betonowy chodnik sprawia, że ból stóp staje się nie do zniesienia. Powracają wspomnienia pierwszej Setki z Hakiem, którą sukcesywnie przebyłem przed trzema laty. Ból, z którym wtedy przyszło mi się zmierzyć, nie powtórzył się już nigdy - aż do teraz. Do tego wyczerpanie, tak totalne, że oczami wyobraźni widzę swój "pasek życia". Zostały mi ze 2%. Jeszcze jedno trafienie - i jestem martwy. Ale to nie gra, tutaj nie odżyję ponownie w którymś z poprzednich momentów fabuły...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pokonuję pokusę zatrzymania się w którymś z napotkanych barów i posilenia się jakimś super-kalorycznym fast-foodem. Jeśli teraz przerwę swój marsz, nie będę już w stanie go wznowić. Muszę jak najszybciej dotrzeć do domu (zabawne, że zaczynam myśleć o mieszkaniu Kamila, Rafała i Szymona jak o domu). Posiłek zastępuje mi ostatnia paczka żelek. Mam ich już powyżej uszu - ale kalorie to kalorie. Czuję, że pasek życia podniósł się do 7%.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Około 10 już tylko B-Mashina zespołu Laibach jest w stanie napędzać mój marsz. Idealnie proste ulice Las Vegas powodują wzmocnienie efektu kajakarza na jeziorze. W dodatku ich prostokątne ułożenie sprawia, że nie jest możliwy jakikolwiek skrót po przekątnej - trzeba poddać się prawom geometrii taksówkowej, w której obwód koła jest równy obwodowi kwadratu. Z Charleston Blvd skręcam w Rainbow Blvd, którym docieram do mojej wylotówki - Flamingo Road.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSVEEffl5I/AAAAAAAASDs/KbtE3qA5f5s/s1600/DSCN0230.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSVEEffl5I/AAAAAAAASDs/KbtE3qA5f5s/s400/DSCN0230.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518199340593551250" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pomimo nocy mam założone okulary przeciwsłoneczne. Wszystko przez to, że wchodząc do miasta zrobiłem sobie zdjęcie, na którym ujrzałem siebie jako hrabiego Drakulę, z fioletowymi pierścieniami wokół oczu. Zbliżając się do Stripu spotykam coraz więcej ludzi. Jakiś gość mówi mi ironicznie "Good morning, sir". Drobiazg, ale sprawia, że ogarnia mnie furia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSVXzlgqoI/AAAAAAAASD0/xUvjKtieT5Y/s1600/DSCN0233.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSVXzlgqoI/AAAAAAAASD0/xUvjKtieT5Y/s400/DSCN0233.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518199679652768386" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Idę przez Strip. Tłumy ludzi, światła, hałas, wszystko to rozdrażnia mnie coraz bardziej. Mam na sobie podkoszulek, którego nie zmieniałem od początku wędrówki - przypuszczam więc, że jestem dość "smelly", dlatego staram się omijać ludzi najsprawniej, jak to tylko możliwe. Z pewnością jednak wyróżniam się z tłumu samym wyglądem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSVoM1iKoI/AAAAAAAASD8/bOV2aLSySuw/s1600/DSCN0240.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 240px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSVoM1iKoI/AAAAAAAASD8/bOV2aLSySuw/s320/DSCN0240.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518199961308768898" /&gt;&lt;/a&gt;Około 20 minut po północy mijam Paris Las Vegas, zaś 40 minut po północy - ścisłe centrum. Niemal dokładnie 94 godziny i 55 minut wcześniej w tym samym miejscu facet zamiatający chodnik zrobił mi zdjęcie u samego początku mojej wyprawy. A zatem udało się -&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSYBLJrQ4I/AAAAAAAASEU/ILAcOe93Ua0/s1600/loop_closed.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 267px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSYBLJrQ4I/AAAAAAAASEU/ILAcOe93Ua0/s400/loop_closed.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518202589376365442" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;w czasie krótszym niż 4 doby pokonałem trasę Las Vegas - Pahrump - Las Vegas!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym oto momencie poczułem przemożną ulgę. Rozdrażnienie zniknęło. Dotarło do mnie, czego dokonałem. Przede wszystkim - ukończyłem wyprawę. Żywy!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSYR88OWiI/AAAAAAAASEc/syZeuBLUETI/s1600/DSCN0247.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSYR88OWiI/AAAAAAAASEc/syZeuBLUETI/s320/DSCN0247.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518202877619624482" /&gt;&lt;/a&gt;Pozostały mi już tylko 4km do domu... I te również pokonam o własnych siłach. Będę delektować się tym wspaniałym, oczyszczającym ogniem, który pali się w moich stopach, i tym niewyobrażalnym zmęczeniem, które sprawia, że płynę na granicy dwóch światów. Odchodząc od Stripu, mija mnie coraz mniej ludzi. Niektórzy, widząc mnie pytają - Ok? Odpowiadam - Ok! Inni, gdy odpoczywam przez chwilę na przystanku, oddalają się pośpiesznie. Widzę w nich szczery strach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSYdDMikcI/AAAAAAAASEk/RvD5tMn0pyE/s1600/DSCN0251.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSYdDMikcI/AAAAAAAASEk/RvD5tMn0pyE/s320/DSCN0251.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518203068277232066" /&gt;&lt;/a&gt;Docieram do domu około 1:45. Moi wspaniali gospodarze jeszcze nie śpią! W sumie nie zamieniamy wiele słów - i jestem im za to bardzo wdzięczny. Po wzięciu prysznica idę spać. Miękki materac z prześcieradłem i kocyk wydają mi się najwyższym dobrem, jakie spotkało mnie od dawien dawna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rano wyruszam na śniadanie do knajpki z meksykańskim żarciem. Chodzenie nie sprawia mi wielkich problemów - wciąż jednak czuję potężne osłabienie. Jako że jest piątek, zamawiam jedyne z dostępnych dań zawierające rybę. W zamian biorę do tego olbrzymią porcję frytek. Czuję, jak życiodajne kalorie rozpoczynają mozolne podnoszenie z ruin mojego wyniszczonego organizmu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po zrobieniu niewielkich zakupów powracam do mieszkania. Czuję sporą niechęć do przebywania na słońcu. Postanawiam, że wykorzystam ten ostatni dzień na zwiedzenie miejsc, których jeszcze nie widziałem, ale wyjdę z domu dopiero późnym popołudniem. W międzyczasie opowiadam Rafałowi skróconą relację ze swojej wyprawy. W odpowiedzi pokazuje mi na YouTube dwa odcinki serialu Ultimate Survival, w których były brytyjski komandos ląduje na spadochronie w najbardziej nieprzyjaznym środowisku, jakie można sobie wyobrazić, i próbuje przetrwać na tyle długo, aby dotrzeć do cywilizacji. Oglądając ten serial, stwierdzam, że doświadczyłem bardzo podobnych przeżyć, co główny bohater, szczególnie gdy w kostarykańskiej dżungli dopada go jakaś tropikalna choroba. Ciekawe, czy ktoś kiedyś nakręci o mnie film dokumentalny?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ze zwiedzania, oczywiście, nici. Jestem zbyt zmęczony, aby się gdziekolwiek ruszyć. Przesypiam twardo całe popołudnie i cały wieczór. Nie przeszkadza mi absolutnie nic, nawet próba miksowania utworów dyskotekowych przez Szymona na nowo zakupionej konsoledzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Okazuje się zresztą, że Szymon też wylatuje w sobotę, i to zaledwie godzinę wcześniej ode mnie. To jego ostatnia noc w Las Vegas, więc raczej nie zamierza iść spać. Około północy ja również wstaję, czując się już wystarczająco wyspanym. Siedzimy we czwórkę i gadamy, popijając żubrówkę z sokiem pomarańczowym. Szymon jest zainteresowany zdjęciami, które zrobiłem podczas wyprawy, więc urządzam spontaniczny fotoreportaż na jego laptopie. Kamila i Rafała, którzy zostają w Las Vegas, zachęcam szczególnie do odwiedzenia Red Rock Canyon, który znajduje się naprawdę blisko miasta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSY1o6maVI/AAAAAAAASEs/4H2L9W-Euxo/s1600/DSCN0265.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSY1o6maVI/AAAAAAAASEs/4H2L9W-Euxo/s320/DSCN0265.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518203490719394130" /&gt;&lt;/a&gt;Rano wspólnie z Szymonem dojeżdżam taksówką na lotnisko i tam się żegnamy. Mam mnóstwo czasu. Siadam na krzesełku w strefie dla czekających. Napawam się bezruchem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W końcu postanawiam przejść odprawę i kontrolę. Tym razem śledzie od namiotu wzbudzają podejrzenia pracownika. Bierze mnie na bok i własnoręcznie rozpakowuje moją torbę, pytając o umiejscowienie niebezpiecznych narzędzi. W końcu wyciąga je na światło dzienne i ogląda uważnie. Muszę przyznać, że taki śledź wygląda naprawdę efektownie w kontekście bezpieczeństwa pasażerskiego ruchu lotniczego. Mam cichą nadzieję, że mimo wszystko uda mi się zachować namiot w komplecie. Facet nie bardzo wie, co ze mną począć, zasięga rady kolegi. Szczęśliwie, okazuje się, że mam pozwolenie, aby wnieść śledzie na pokład samolotu. "You are lucky today", mówi mi pracownik na pożegnanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znalazłszy się w strefie za bramkami, korzystam z okazji, by kupić kilka prezentów i pamiątek. Mam zasadę, że na co jak na co, ale na prezenty się nie żałuje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSZCzrZuDI/AAAAAAAASE0/pIn0YHsZX6A/s1600/DSCN0270.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSZCzrZuDI/AAAAAAAASE0/pIn0YHsZX6A/s320/DSCN0270.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518203716946737202" /&gt;&lt;/a&gt;Na lotnisku w Phoenix pierwszy raz w życiu kupuję pizzę w Pizza Hut. Nawiązując do nazwy miasta mogę powiedzieć, że dzięki dostarczonym przez niezdrową amerykańską żywność kaloriom zaczynam powstawać jak Feniks z popiołów, ale jest to raczej mozolny proces, który jeszcze potrwa. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kupuję kolejną serię drogich prezentów. Ktoś bogaty nawet by się tym nie przejął, dla mnie jednak te rzeczy mają wartość nieprzespanej nocy w Pahrump.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSZVkAtuaI/AAAAAAAASE8/EF6vDYqmXno/s1600/DSCN0279.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSZVkAtuaI/AAAAAAAASE8/EF6vDYqmXno/s320/DSCN0279.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518204039158675874" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSZpyBTL_I/AAAAAAAASFE/tfVkOqWfR10/s1600/DSCN0280.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 240px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSZpyBTL_I/AAAAAAAASFE/tfVkOqWfR10/s320/DSCN0280.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518204386516611058" /&gt;&lt;/a&gt;Na lotnisku w Houston wita mnie krowa w stroju kosmonauty, z flagą Teksasu powiewającą na próżni. Nastąpiło 2-godzinne przesunięcie, tym razem w odwrotnym kierunku, więc zbliża się już wieczór. Po krótkiej podróży lotniskową kolejką zaczynam rozglądać się za autobusem. Przyjeżdża tak zwane Metro (które tu jest po prostu autobusem komunikacji miejskiej). Pytam, ile kosztuje przejazd do downtown. Okazuje się, ze 1 dolar 25 centów. Co takiego ?! To czemu jadąc na lotnisko zapłaciłem ponad 10 razy tyle?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSapEVAz7I/AAAAAAAASFM/c91G7MsCfJw/s1600/DSCN0283.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJSapEVAz7I/AAAAAAAASFM/c91G7MsCfJw/s320/DSCN0283.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518205473762889650" /&gt;&lt;/a&gt;Z rozmowy kierowcy z innymi pasażerami słyszę, że tak już po prostu jest. Na lotnisko dojeżdżają 2 autobusy. Jedyna różnica jest taka, że ten droższy dojeżdża szybciej i bezpośrednio. Gdybym tylko wiedział wcześniej o tym układzie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powrót do normalnego życia z perspektywy tygodnia, jaki upłynął od ukończenia wyprawy do ukończenia tej relacji, przypomina powrót z zaświatów. Po raz kolejny Pan Bóg potraktował moje ryzykowne posunięcia z przymrużeniem oka i postanowił nie karać za totalną głupotę, jakiej się dopuściłem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Osobom zainteresowanym przedstawiam &lt;a href="http://maps.google.com/maps?f=d&amp;source=s_d&amp;saddr=Gray+Ln&amp;daddr=36.100851,-115.1369592+to:36.10078,-115.1725+to:36.11468,-115.17677+to:36.1608162,-115.4583215+to:Yellowhand+Ave&amp;hl=pl&amp;geocode=FbDHJgIdphoj-Q;FfPaJgIdQSYj-SmfGzCiCMXIgDG3cYJy4FYSPg;FazaJgIdbJsi-Sld2mKEzMXIgDEkr4uPbcN5uA;FfgQJwIdvooi-SlFE2MnO8TIgDHFI25Ijgey_w;FTDFJwId7z4e-SmbzDpNX73IgDGQ2YWJdBuhsg;Ff2VKAIdIRQW-Q&amp;mra=ls&amp;via=1,2,3,4&amp;dirflg=w&amp;doflg=ptk&amp;sll=36.214086,-115.98567&amp;sspn=0.024445,0.049567&amp;ie=UTF8&amp;ll=36.180008,-115.559692&amp;spn=0.78258,1.587524&amp;t=p&amp;z=10"&gt;linka do trasy jaką mniej więcej przeszedłem&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6113975959707210351-844548851998020575?l=radoslavkolkowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://radoslavkolkowski.blogspot.com/feeds/844548851998020575/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6113975959707210351&amp;postID=844548851998020575' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6113975959707210351/posts/default/844548851998020575'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6113975959707210351/posts/default/844548851998020575'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://radoslavkolkowski.blogspot.com/2010/09/nevada-hardcore.html' title='Nevada hardcore'/><author><name>Radek_K</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12883558453356922495</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TJAoyHf0o-I/AAAAAAAARzc/qIqAoLy6qMg/s72-c/DSCN9889.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6113975959707210351.post-5262726591370933245</id><published>2010-06-13T13:56:00.003-07:00</published><updated>2010-06-13T18:44:57.856-07:00</updated><title type='text'>Une petite promenade</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBV9DjztxoI/AAAAAAAAMsI/p3aTXM4vp54/s1600/DSCN9351.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBV9DjztxoI/AAAAAAAAMsI/p3aTXM4vp54/s400/DSCN9351.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482425621498676866" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Raz na pół roku trzeba zrobić coś naprawdę głupiego.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;13 maja 2010, Święto Wniebowstąpienia Pańskiego. O dziwo - we Francji dzień wolny od pracy. Postanowiłem to wykorzystać i urządzić sobie małą przemarszobieżkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po powrocie z kościoła wziąłem się za przerysowywanie map z Googla (nie sztuką jest dotrzeć do celu, posiadając dokładne mapy ;-) Sporą część trasy zgapiłem z tej strony:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.bikely.com/maps/bike-path/Dieppe-to-Paris-approaching-Paris-on-safe-smooth-forest-tracks"&gt;http://www.bikely.com/maps/bike-path/Dieppe-to-Paris-approaching-Paris-on-safe-smooth-forest-tracks&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(jednak ostateczna wersja dość znacznie różniła się od pierwotnie zaplanowanej)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVO0jYCs_I/AAAAAAAAMpE/PEVYyFT4xI0/s1600/DSCN9115.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVO0jYCs_I/AAAAAAAAMpE/PEVYyFT4xI0/s320/DSCN9115.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482374786149692402" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rysowałem, zapełniając kolejne kartki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rysowałem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szósta kartka, siódma kartka... &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piętnasta, szesnasta... Padł na mnie blady strach. Ta trasa nie miała końca!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatecznie zmieściłem się na dwudziestu kartkach (narysowanie map zajęło mi około dwie godziny).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVPPLeutRI/AAAAAAAAMpM/mvsSZcv_6a8/s1600/%C5%BAr%C3%B3d%C5%82a_kalorii.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVPPLeutRI/AAAAAAAAMpM/mvsSZcv_6a8/s400/%C5%BAr%C3%B3d%C5%82a_kalorii.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482375243591759122" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Punktualnie o godzinie 18:00, uzbrojony w najpotężniejsze źródła kalorii, jakimi dysponował supermarket, wybiegłem z głównej bramy Cite Internationale Universitaire de Paris.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie będę tu dokładnie opisywał punktów na trasie, kilometraży i czasówek. Wszystkie te dane ładnie opracowałem na jednym obrazku:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;center&gt;&lt;br /&gt;&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.pl/lh/photo/D3TlQHXyNf5rdU3EVePn4Q?feat=embedwebsite"&gt;&lt;img src="http://lh5.ggpht.com/_njDd4OvMxfE/S_W6Qyuca9I/AAAAAAAAMMk/HvPR6Vmaa_c/s400/Une%20petite%20promenade%20-%20trasa.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:11px; text-align:right"&gt;Od &lt;a href="http://picasaweb.google.pl/radoslav.kolkowski/UnePetitePromenade?feat=embedwebsite"&gt;Une petite promenade&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;/center&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;a dla ścisłowców dorobiłem jeszcze wykresy&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVRATNg58I/AAAAAAAAMpc/3q7wQa6W2Ig/s1600/droga(czas).jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 146px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVRATNg58I/AAAAAAAAMpc/3q7wQa6W2Ig/s200/droga(czas).jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482377186992252866" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVRHWb4J1I/AAAAAAAAMpk/das8FARyPy0/s1600/szybko%C5%9B%C4%87(droga).jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 144px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVRHWb4J1I/AAAAAAAAMpk/das8FARyPy0/s200/szybko%C5%9B%C4%87(droga).jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482377308116887378" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(Osobiście uwielbiam wykresy! Nie wyobrażam sobie dnia bez wykresu ;-)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wybiegłem z Paryża przez jego zachodnie wrota w postaci majestatycznej dzielnicy La Defense. Tuż za terytorium opanowanym przez metal, beton i szkło ukazały się normalne przedmieścia. Spodziewałem się, że im dalej od centrum, tym mniej obcokrajowców zobaczę na swej drodze... a tymczasem odniosłem wrażenie, jakbym się przeniósł do któregoś z krajów Trzeciego Świata (polecam przekonać się na własne oczy każdemu, kto przyjedzie kiedykolwiek odwiedzić to miejsce).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVa58pvbpI/AAAAAAAAMqA/ox_f0BVvHS4/s1600/start_z_Pary%C5%BCa.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVa58pvbpI/AAAAAAAAMqA/ox_f0BVvHS4/s400/start_z_Pary%C5%BCa.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482388072973692562" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;center&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pożegnanie z Paryżem&lt;/span&gt;&lt;/center&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po około 3 i pół h od startu skończył się sok pomarańczowy (durny, myślałem, że 1 litr wystarczy mi do rana). Dość szybko napotkałem otwarty jeszcze sklepik. Pani przy kasie nie miała drobnych, więc przyjęła 10 złotych, które przypadkiem wypadło mi z portfela. Sok kosztował jakieś 2 euro, więc cena się mniej więcej zgadzała...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dopiero teraz, pisząc tą relację, pukam się w czoło. 10 złotych za 1 litr soku ?! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bienvenue à l'UE...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Około 22 zaczął się hardkor. Trasa od samego początku była zaplanowana tak, aby przebiegać wzdłuż dróg. Spodziewałem się, że nadejdzie ten fatalny moment, kiedy pobocze nagle zniknie - i tak też się stało. Musiałem wspiąć się na wał i brnąć po pas w gęstej trawie, tuż przy siatce, za którą wszystko było elegancko skoszone!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Później siatka się skończyła, a zaczęło się pole ze zbożem - i brnięcia po pas ciąg dalszy. Po paru wkurzających kilometrach zauważyłem, że pojawił się wreszcie jakiś rów. Tu, jeśli chodzi o trawę, było już nieco lepiej. Niestety, zamiast tego na potencjalnego włóczęgę czekały mordercze pułapki w postaci szczątków jakichś tablic, kawałków samochodów i innych śmieci. Najgorsze były betonowe bloki z wystającymi śrubami. Parę razy niewiele brakowało, a spotkałaby mnie masakryczna niespodzianka z ich strony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sam nie wiem, czy pisać, co było dalej, bo za to, co zrobiłem, francuska policja mogłaby mnie ścigać do końca moich dni. Liczę, że dopóki jestem we Francji, osoby czytające tą relację zachowają odpowiednią dyskrecję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dotarłem do miejsca, w którym asfalt rozwidlał się w wielu różnych kierunkach, tworząc jakieś pętle i serpentyny, których oczywiście nie mogłem zobaczyć w całości, gdyż po pierwsze: było całkowicie ciemno, po drugie: teren był dość mocno zarośnięty drzewami, po trzecie: ukształtowanie terenu sprawiało, że cała ta plątanina tworzyła jakąś niewiarygodną strukturę 3D.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym właśnie miejscu poszedłem nie tam, gdzie powinienem... Wpakowałem się na autostradę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBViIw-EXQI/AAAAAAAAMqI/7rJp469wa3w/s1600/autoroute-A15.bmp"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 197px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBViIw-EXQI/AAAAAAAAMqI/7rJp469wa3w/s400/autoroute-A15.bmp" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482396024117157122" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;center&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kolejne etapy przedzierania się przez asfaltową dżunglę&lt;/span&gt;&lt;/center&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście, początkowo było jakieś pobocze, aczkolwiek przeważnie ciasne, zarośnięte krzakami i zaśmiecone. Przedzierałem się dzielnie, czasem zmuszony przeciskać się przez 30-centymetrową przestrzeń pomiędzy barierką a ścianą, a czasem unikać zabójczych wilczych dołów (jeden z nich wykryłem zupełnie przez przypadek, wyczuwając w powietrzu unoszącą się wilgoć).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiście, nawet tak mizerne pobocze musiało się kiedyś skończyć. Tuż przed miejscowością Pontoise ukazał się przede mną odcinek TYLKO DLA SAMOCHODÓW. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Musiałem działać szybko. Gdy chwilowo nic nie jechało, przebiegłem z lewej strony na prawą, przeskakując barierkę oddzielającą dwa pasy jezdni, a następnie ruszyłem sprintem przed siebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka samochodów wyminęło mnie, na szczęście bez trąbienia czy innego awanturowania się. Miałem odblaskowy plecaczek, więc byłem dla kierowców lepiej widoczny, niż ich własna kierownica. Dzięki temu moje poczynania nie były chyba jakąś skrajną patologią.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po kilkuset metrach pojawił się mur z betonowych barierek, a za nim przestrzeń, w którą natychmiast wskoczyłem. Myślałem już, że odtąd będzie ok. Szybko okazało się jednak, że mogę całkiem zapomnieć o wędrówce wzdłuż tej drogi - tuż przed wjazdem do miasta zmieniała się w wiadukt - przestrzeń wrogą wszelkiemu życiu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tuż za boiskiem, gdzie akurat odbywał się trening rugby, opuściłem autostradę i przedostałem się na teren budowy. Przeciąłem labirynt barierek i wykopów, aż w końcu wyrosła przede mną dość spora górka, usypana przez buldożery. Wspiąłem się na szczyt, żeby zobaczyć, jak wygląda cała ta sytuacja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVkzZ8E3cI/AAAAAAAAMqQ/SlsyLtfSQZM/s1600/DSCN9197.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVkzZ8E3cI/AAAAAAAAMqQ/SlsyLtfSQZM/s400/DSCN9197.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482398955692416450" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;center&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Prawdopodobnie najwyższy punkt na trasie&lt;/span&gt;&lt;/center&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyłowiłem wzrokiem miejsce, w którym ponownie mogłem doczepić się do drogi prowadzącej do miasta. Tak zrobiłem, i znów niegościnne pobocze poddało mnie próbie nerwów. Przejście przez most, balansując tuż nad krawędzią, za którą 20 metrów niżej przepływała jakaś odnoga Sekwany, zapamiętam jako jedno z najbardziej niebezpiecznych miejsc, które musiałem pokonać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiście, wkroczyłem do Pontoise w zupełnie innym miejscu, niż pierwotnie planowałem. Ponieważ moja prowizoryczna mapa obejmowała tylko bezpośrednie otoczenie planowej trasy, nie pozostało mi nic innego jak zdać się na intuicję. Kierując się kompasem i przypuszczeniami na temat sposobu, w jaki zabłądziłem, próbowałem wymusić przecięcie się mojej drogi z drogą, którą miałem narysowaną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście po kilku kilometrach znalazłem mapę całej miejscowości (nie Pontoise, ale już następnej - Osny). Zorientowałem się, gdzie jestem i gdzie mam iść, żeby wrócić na szlak, przerysowałem całą trasę, zapełniając kolejną stronę...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;... I oczywiście polazłem w zupełnie innym kierunku. Po 20 minutach znów byłem w tym samym miejscu, ponownie analizując mapę, i tym razem poszedłem już dobrze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVlQ40PdOI/AAAAAAAAMqY/Taw0EbWH0Ak/s1600/lost.bmp"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 217px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVlQ40PdOI/AAAAAAAAMqY/Taw0EbWH0Ak/s400/lost.bmp" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482399462197261538" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;center&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Teraz już wiem, co było przyczyną - zepsuty kompas...&lt;/span&gt;&lt;/center&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVpU9l9VaI/AAAAAAAAMqg/m748GZLfE44/s1600/lost2.bmp"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 20px 20px 0;cursor:pointer;cursor:pointer; cursor:hand; height: 250px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVpU9l9VaI/AAAAAAAAMqg/m748GZLfE44/s400/lost2.bmp" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482403930245518754" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale do czasu. Gdy tylko droga wywiodła mnie z miasta na pole, przy najbliższej okazji znowu zniosło mnie na bok. Tym razem jednak pomyłka była dość poważna - spowodowała wydłużenie całej trasy o kilka, a może kilkanaście kilometrów. Szedłem przez wioski, przez które zupełnie nie planowałem przechodzić. Na szczęście w każdej znajdował się drogowskaz prowadzący tam, gdzie ostatecznie chciałem się dostać (miejscowość Marines).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od Marines już więcej nie błądziłem. Droga była dość mało ruchliwa, co zgadzało się z opisami rowerzystów jeżdżących na tym dystansie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moim głównym problemem był brak wody. Litr soku wyczerpał się bardzo szybko. W kilku miejscowościach straciłem dość sporo czasu, szukając jakiegoś sklepu. Zastanawiałem się, jak to możliwe, że tak trudno cokolwiek znaleźć. Albo sklepy były dobrze schowane, albo mieszkający tu ludzie raz na parę dni jeżdżą do najbliższego większego miasteczka i przywożą tonę zakupów z supermarketu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W końcu w Jouy-sous-Thelle napotkałem dwa otwarte obiekty: pierwszym była boulangeria, gdzie były tylko bagietki i ciastka, drugim - boutcheria, czyli sklep mięsny. O dziwo, to właśnie tu udało się kupić kilka puszek z colą i oranżadą. Puszki to oczywiście nie rozwiązanie - trzeba wypić wszystko natychmiast po otwarciu. W następnej wiosce udało mi się w jakimś barze dokupić jeszcze butelkę wody (nie będę nawet wspominał o cenach).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVuAAwHjmI/AAAAAAAAMqw/gqxDMzdC7zc/s1600/DSCN9230.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 20px 20px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVuAAwHjmI/AAAAAAAAMqw/gqxDMzdC7zc/s320/DSCN9230.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482409067874324066" /&gt;&lt;/a&gt;W międzyczasie trochę popadało, więc zrobiło się rześko. Wędrując asfaltowymi szosami, podziwiałem bezkresne przestrzenie opanowane przez jaskrawożółte uprawy rzepaku. Jedynie przemykające z ogromną prędkością samochody budziły mój niepokój. Wielokrotnie przechodziłem z jednej strony na drugą, nie mogąc się zdecydować, gdzie jest bezpieczniej. Ponieważ trawa była dość gęsta i w dodatku mokra, nie chciałem schodzić na pobocze. Z pomocą przyszła mi potężna kosiarka, która wyłoniła się naprzeciwko. Zostawiła za sobą pięknie skoszone pobocze, na które natychmiast przebiegłem, przy okazji pozdrawiając kierowcę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po około 85 km marszobiegu postanowiłem po raz pierwszy zmienić skarpety. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że moje stopy są jak nowe, a w świeżych skarpetach aż się chciało biec dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niemal w każdej francuskiej wiosce widziałem przepięknie zadbane zabytkowe kościoły. Oczywiście, żaden nie był otwarty. Anioł Pański odmówiłem więc w przedsionku jednego z nich.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVwWdMWXVI/AAAAAAAAMq4/zDSGMcDw51M/s1600/ko%C5%9Bcio%C5%82y.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 340px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVwWdMWXVI/AAAAAAAAMq4/zDSGMcDw51M/s400/ko%C5%9Bcio%C5%82y.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482411652489305426" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za miasteczkiem Saint-Germer de Fly sielanka się skończyła - znów trzeba było wkroczyć na ruchliwą drogę, która ciągnęła się przez kilka km. Na tym etapie zaczynało być ciężko. W następnej miejscowości nie znalazłem przy drodze żadnego sklepu, poza ogromnym supermarketem. Na myśl o tym, że musiałbym przemierzyć dodatkowy kilometr tylko po to, aby kupić coś do picia, postanowiłem iść dalej. Później okazało się, że nie był to najlepszy pomysł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVw_O6d3qI/AAAAAAAAMrA/4YHTEZ-YGBs/s1600/DSCN9254.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVw_O6d3qI/AAAAAAAAMrA/4YHTEZ-YGBs/s320/DSCN9254.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482412353030839970" /&gt;&lt;/a&gt;Szczęśliwie, wkrótce powróciłem na spokojne, "polne" szosy. Dzięki słonecznej pogodzie trawa szybko wyschła i znów można było iść poboczem. Jak należało oczekiwać, słońce wysuszyło również mój organizm. Przy każdej okazji rozglądałem się za jakimś sklepem, jednak przede mną wyłaniały się wyłącznie małe wioski. Zdarzało się, że przechodząc przez niektóre z nich w ogóle nie widziałem żywego człowieka. Zamiast tego natrafiłem na taką oto nazwę "ulicy". Pożałowałem, że znam francuski na tyle, aby to sobie przetłumaczyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedynym ratunkiem wydawało się być miasto, do którego się zbliżałem. Szczególnie jego nazwa: Forges-Les-Eaux (w wolnym tłumaczeniu: Kuźnie Wód), napełniała sporym optymizmem. Zmierzając w jego kierunku odkryłem, że mam już kilku fanów wśród kierowców. Grupka Arabów przejeżdżała obok mnie kilka razy, za każdym razem pozdrawiając mnie trąbieniem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVyISHBNcI/AAAAAAAAMrI/fqH0PII5g0s/s1600/DSCN9265.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVyISHBNcI/AAAAAAAAMrI/fqH0PII5g0s/s320/DSCN9265.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482413608019244482" /&gt;&lt;/a&gt;Dotarłem do miasta około 21:00. Spotkało mnie spore zaskoczenie - miasto było równie opustoszałe, jak niektóre z napotkanych wcześniej wiosek. Zamknięte były wszystkie sklepy i większość barów i restauracji. Obszedłem dokoła centrum miasta, zauważając, że jedna z restauracji przy rynku jest przepełniona ludźmi - ale można to było zobaczyć dopiero podchodząc bliżej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zniecierpliwiony całą tą sytuacją, kupiłem kilka puszek Fanty w tureckim kebabie. Aby zmieścić je w swoim małym plecaczku biegowym, na kolację postanowiłem zjeść część swojego prowiantu - obrzydliwą, zimną sałatkę rybną, przegryzaną czerstwym, pogniecionym chlebem. Pomimo tak marnych walorów kulinarnych tegoż posiłku poczułem po nim znaczący przypływ energii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy zaczęło robić się ciemno, ruszyłem dalej, mając świadomość, że czeka mnie prawdopodobnie najtrudniejsza noc w moim życiu. Potrzeba snu stawała się coraz bardziej dokuczliwa. Mogłem jednak zapomnieć o drzemce - po ciepłym i słonecznym dniu temperatura obniżyła się drastycznie. Otuchy dodało mi sprawdzenie dystansu, który dzielił mnie do celu - jedynie 40-50 km w linii prostej. Niby drobnostka w porównaniu z tym, ile już przeszedłem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Były to ostatnie chwile, kiedy mogłem jeszcze trochę biec. Trudno mi dokładnie określić, kiedy zacząłem przemieszczać się wyłącznie marszem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVzKqWE76I/AAAAAAAAMrY/q8VU5jGx-0w/s1600/DSCN9272.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 20px 20px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVzKqWE76I/AAAAAAAAMrY/q8VU5jGx-0w/s320/DSCN9272.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482414748396220322" /&gt;&lt;/a&gt;Miałem przed sobą dość spory odcinek całkowicie pozbawiony jakichkolwiek wiosek. Jedynie asfalt, znaki drogowe, czasem jakieś domy. A wszystko spowite całkowitą ciemnością. Idealny moment na "awarię systemu"...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na niebie, zamiast gwiazd, ujrzałem potężny, jednokomórkowy organizm, który pulsował i obracał się całą swoją strukturą. Później zaczęły dochodzić inne złudzenia, w postaci wędrujących tablic, skalistych klifów oraz paskudnych robaczków biegających po asfalcie. Zacząłem iść zygzakiem, bojąc się je rozdeptać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVzWz_bCsI/AAAAAAAAMrg/Ky_4x_vrwyo/s1600/DSCN9273.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 20px 20px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVzWz_bCsI/AAAAAAAAMrg/Ky_4x_vrwyo/s320/DSCN9273.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482414957143984834" /&gt;&lt;/a&gt;Około jedenastej, czyli po jakichś 40 h bez snu, odkryłem, że nie jestem sam. Chyba nie było to "zwyczajne" rozdwojenie jaźni, które, jak sądzę, polega na tym, że z jednej jaźni robią się dwie. W moim przypadku było nas co najmniej pięciu. Żałowałem, że nie było sposobu, aby nagrać lub zapisać naszą dyskusję - byłby z tego gotowy doktorat z psychiatrii. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozmawialiśmy jakieś półtorej godziny. Później naszą dyskusję zagłuszył jakiś szum, więc pożegnaliśmy się i znów zostałem prawie sam. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Prawie" robi wielką różnicę. W rzeczywistości coraz silniej czułem, że idzie ze mną cały tłum.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Około pierwszej ponownie minęła mnie grupka Arabów. Tym razem wykrzyknęli do mnie kilka zdań w ichniejszym języku. Próbowałem nie reagować (od jakiegoś czasu nie mam szczególnego zaufania do kierowców). Pojechali w swoją stronę, śmiejąc się. Dzięki temu spotkaniu na chwilę wróciłem do rzeczywistości. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Około drugiej przechodziłem przez większe miasto - Neufchatel-en-Bray. Zatrzymałem się, próbując coś zrobić w związku z drgawkami, które dopadły mnie na skutek niskiej temperatury. Niestety, nie miałem ze sobą żadnego ciepłego ubrania. Próbowałem okryć się płachtą przeciwdeszczową. Oczywiście, nie grzała ani trochę. Zrobiłem więc kilkanaście pompek i przyspieszyłem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVypP1KExI/AAAAAAAAMrQ/g7t0HBJEINI/s1600/DSCN9275.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 20px 20px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBVypP1KExI/AAAAAAAAMrQ/g7t0HBJEINI/s320/DSCN9275.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482414174343140114" /&gt;&lt;/a&gt;Po krótkim błądzeniu przeszedłem przez rozświetlony rynek i odnalazłem drogę wylotową. Na chodniku, a później w jakimś rowie znalazłem kawałki kartonu, które włożyłem pod ubranie, tworząc w ten sposób prowizoryczną izolację.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poza miastem ponownie zapanowała ciemność, a wraz z nią pojawiły się sny na jawie. Ostanie fragmenty świadomości powoli wycofywały się z pola bitwy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mijałem potężne biurowce. Widziałem grupki ludzi, które stały pod nimi i rozmawiały. Zdawało mi się, że jestem pracownikiem w fabryce i wykonuję ciężką pracę przy jakimś taśmociągu. Dość szybko zacząłem podejrzewać, że część z tego, czym się zajmowałem, nie istniało. Problem polegał na tym, żeby rozróżnić, co było jawą, a co snem. W wyniku wstępnej analizy wytypowałem trzy rzeczy, które z całą pewnością były rzeczywiste. Po chwili dotarło do mnie, że tak naprawdę tylko jedna z tych rzeczy jest prawdziwa, a wszystko inne jest snem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety, te cenne wnioski dość szybko odchodziły w niepamięć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wycieczka, którą prowadziłem, domagała się odpoczynku. Wszyscy mieli już dość tej całej wyprawy, szczególnie dokuczało im zimno. Przyspieszyłem, żeby zostawić ich w tyle i nie słyszeć ich narzekań. Co chwila jednak ruszało mnie sumienie. Zatrzymywałem się i spoglądałem do tyłu. Ludzie powoli się wykruszali. Ostatnia osoba poddała się tuż przed świtem. Miałem nadzieję, że nic się im nie stanie i jakoś wrócą do domu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBV1ZFWcyjI/AAAAAAAAMro/ExNSIuKb2Yc/s1600/DSCN9298.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBV1ZFWcyjI/AAAAAAAAMro/ExNSIuKb2Yc/s320/DSCN9298.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482417195186965042" /&gt;&lt;/a&gt;Gdy poczułem na twarzy ciepło pierwszych promieni słońca, wszystkie te dziwne złudzenia nareszcie się skończyły. Na szosie zaczęło pojawiać się coraz więcej samochodów. Zobaczyłem, że kilkaset metrów obok biegnie równoległa droga, znacznie mniej ruchliwa. Okazało się, że to Zielona Aleja (Avenue Verte) - dawna szosa łącząca Paryż i Dieppe. Teraz została zamieniona w trasę dla rowerów i spacerowiczów. Od tej pory przez jakieś kilkanaście km szedłem tą właśnie drogą, delektując się ciszą i spokojem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O 12:00 w cieniu drzew odmówiłem drugi podczas tej wyprawy Anioł Pański, po czym położyłem się na trawie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Godzinę później zorientowałem się, że siedzi wokół mnie mnóstwo ludzi. Rozmawialiśmy o jakichś problemach naukowych. Z biegiem rozmowy kolejne osoby zaczęły znikać. Gdy nie było już nikogo, wstałem i wyszedłem na środek drogi. Nie wiedziałem, dokąd mam iść. Nie pamiętałem nawet, kim jestem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odrętwienie minęło dość szybko. Odtworzyłem wszystkie wspomnienia, które znalazłem w swojej pamięci. Ciągle jednak miałem wątpliwości. To nie były moje wspomnienia, a cały świat był jednym wielkim oszustwem. Jakaś złośliwa część mnie, ukryta w podświadomości, tworzyła tą sztuczną rzeczywistość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypatrywałem się dokładnie wszystkiemu dokoła, próbując znaleźć jakiś haczyk. Musiałem przyznać, że ten, kto zrobił tą atrapę, odwalił kawał dobrej roboty. Wszystko było dopracowane w najdrobniejszym szczególe, zwłaszcza rośliny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nagle droga skończyła się. Dotarłem do jakiegoś parku, pełnego stawów, gdzie sporo ludzi łowiło ryby. Podszedłem do jednego z nich, pytając o drogę do Dieppe. Wędkarz (który według mnie nie istniał) odpowiedział mi płynnie po francusku. W tym momencie postanowiłem przyjąć założenie, że to jednak rzeczywistość. Tak na wszelki wypadek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyszedłem ponownie na pobocze ruchliwej szosy. Po godzinie wdychania spalin byłem już pewien na 100%, że świat wokół mnie istnieje naprawdę. Pozostało jedynie jakieś dziwne uczucie, które na szczęście zniknęło w ciągu następnej godziny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Około 16:00 minąłem tablicę z napisem "Dieppe". Pojawiły się odgłosy mew, a na twarzy po raz pierwszy poczułem powiew morskiej bryzy. Przeszedłem przez miasto, minąłem port, zrobiłem zdjęcia majestatycznym wapiennym klifom. O godzinie 17:07 dotarłem na czubek mola, gdzie kończyła się moja trasa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBV5f03YWSI/AAAAAAAAMrw/TbBpNUgE92s/s1600/u_celu.bmp"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 220px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBV5f03YWSI/AAAAAAAAMrw/TbBpNUgE92s/s400/u_celu.bmp" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482421709067278626" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;center&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Cel osiągnięty&lt;/span&gt;&lt;/center&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czułem się rewelacyjnie. Poza jednym pęcherzem, moje stopy nie uległy żadnym uszkodzeniom. Nie czułem bólu kolan, jedynie lekki paraliż mięśni. Gdyby trzeba było iść dalej, mógłbym pokonać następne 100 km. Takie przynajmniej było moje wrażenie (nie jestem wcale pewien, czy to samo mógłbym powiedzieć po kolejnych dziesięciu...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBV7JNrkT-I/AAAAAAAAMr4/uzAKh4wK7Ic/s1600/DSCN9403.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBV7JNrkT-I/AAAAAAAAMr4/uzAKh4wK7Ic/s320/DSCN9403.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482423519614881762" /&gt;&lt;/a&gt;Z mola poszedłem prosto na dworzec kolejowy. Nie było bezpośredniego pociągu do Paryża, dlatego pojechałem do Rouen. Tam okazało się, że następny pociąg do Paryża będzie dopiero następnego dnia. Tym sposobem mogłem porzucić nadzieję na wyspanie się we własnym łóżku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W chwilę po tym, jak rozłożyłem się na podłodze i zacząłem już zapadać w upragniony sen, podeszli do mnie strażnicy, mówiąc, że zamykają dworzec. Wylądowałem na ulicy, w centrum obcego miasta. Słońce już zaszło, zaczynało robić się zimno. Naprzeciwko były dwa hotele, z cenami za nocleg z przedziału 50-100 euro.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ruszyłem w miasto, szukając czegoś taniego. Po pewnym czasie odnalazłem coś w rodzaju schroniska. Niestety, było już pełne. Próbowałem wybłagać u właściciela chociażby skrawek podłogi. Niestety, nie dał sobie nic wytłumaczyć, i musiałem szukać dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W następnym hotelu portier wskazał mi drogę do hotelu, który według niego był w miarę tani. Po krótkim błądzeniu udało mi się go odnaleźć. Było już około 23:00 i drzwi były zamknięte. Dzwoniłem kilka razy. Nikt się nie pojawiał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBV7lCicvzI/AAAAAAAAMsA/nmn7Av7zMds/s1600/DSCN9422.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBV7lCicvzI/AAAAAAAAMsA/nmn7Av7zMds/s320/DSCN9422.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5482423997660184370" /&gt;&lt;/a&gt;Na szczęście, na drzwiach był numer telefonu. Włączyłem komórkę i zadzwoniłem. Nie wiem, jakim cudem, ale udało mi się  dogadać po francusku z portierem. Chwilę później wpuścił mnie do środka. Dostałem pokój z telewizorem i łazienką. Wolę nie pisać, za ile (choć i tak dużo taniej, niż w poprzednich hotelach).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnego dnia wczesnym rankiem wyruszyłem z powrotem na dworzec. Tym razem już bez przygód wróciłem do domu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podsumowanie: &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, wyprawa zakończyła się całkowitym sukcesem. Dystans około 190 km został pokonany pieszo w czasie krótszym niż 2 doby - a więc średnia prędkość na całej trasie wyniosła około 4 km/h. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Większość trasy wiodła chodnikami i asfaltem, po terenie przeważnie płaskim, czasem tylko łagodnie pofałdowanym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyprawa była moim pierwszym sprawdzianem marszobiegu na tak dużą skalę. Wnioski są bardzo proste: Podczas marszu człowiek stawia stopę inaczej niż podczas biegu, pracują też zupełnie inne mięśnie. Poruszanie się na zmianę marszem i biegiem sprawia, że nogi są eksploatowane znacznie mniej intensywnie. W efekcie można nie czuć bólu nawet po 100 km. (de facto - pierwsze sto kilometrów pokonałem w ok. 19h)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiście, nie wyruszyłem na ten spacerek bez przygotowania. Przez ostatnie 9 miesięcy regularnie, co najmniej raz w miesiącu, obiegałem dokoła cały Paryż (33 km). Wycieczka była więc dla mnie niczym więcej, jak zrobieniem na raz sześciu okrążeń. Tyle, że zamiast biegać w kółko, ruszyłem na wprost.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wnioski na przyszłość:&lt;br /&gt;- przede wszystkim: zaplanować drzemkę, najpóźniej 30 h po starcie&lt;br /&gt;- zabrać ze sobą więcej płynów, ciepłe ubranie, dobrą mapę i działający kompas&lt;br /&gt;- upewnić się, że nie będzie problemów z powrotem do domu&lt;br /&gt;- wytyczyć trasę z dala od autostrad&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli studia pozwolą, już niedługo przekonamy się, gdzie jest ta zaginiona granica ludzkich możliwości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.pl/lh/photo/L2g_4O_AEh5Snvy35KzvOg?feat=embedwebsite"&gt;&lt;img src="http://lh4.ggpht.com/_njDd4OvMxfE/TBVRcsy8LeI/AAAAAAAAMpw/uqdLXeYbZzA/s800/Une_petite_promenade_Google_Earth.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:11px; text-align:right"&gt;Od &lt;a href="http://picasaweb.google.pl/radoslav.kolkowski/UnePetitePromenade?feat=embedwebsite"&gt;Une petite promenade&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6113975959707210351-5262726591370933245?l=radoslavkolkowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://radoslavkolkowski.blogspot.com/feeds/5262726591370933245/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6113975959707210351&amp;postID=5262726591370933245' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6113975959707210351/posts/default/5262726591370933245'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6113975959707210351/posts/default/5262726591370933245'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://radoslavkolkowski.blogspot.com/2010/06/une-petite-promenade.html' title='Une petite promenade'/><author><name>Radek_K</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12883558453356922495</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/TBV9DjztxoI/AAAAAAAAMsI/p3aTXM4vp54/s72-c/DSCN9351.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6113975959707210351.post-4302604261889236941</id><published>2010-01-06T12:01:00.000-08:00</published><updated>2010-01-06T14:09:39.892-08:00</updated><title type='text'>Wściekła Sowa</title><content type='html'>(tytuł przyszedł mi do głowy tuż przed dotarciem do celu, kiedy myślałem, że ta cholerna droga na szczyt nigdy się nie skończy... ale po kolei)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0TtTcv2mjI/AAAAAAAAFkg/9KpPS58ffVQ/s1600-h/DSCN8733.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 300px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0TtTcv2mjI/AAAAAAAAFkg/9KpPS58ffVQ/s400/DSCN8733.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423720769651120690" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O 6:00 mama, zgodnie z moją prośbą, zapala mi światło w pokoju. Słyszę trzask przepalanej żarówki. Ciemność. Zmuszam się do wstania, mam niewiele czasu. Poprzedniego wieczoru położyłem się spać, zamiast się spakować i przeanalizować raz jeszcze czekającą mnie trasę. Teraz biorę się za to wszystko, próbując w międzyczasie zjeść jakieś śniadanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0TzC9Y0F3I/AAAAAAAAFlQ/Alq0yhykSd8/s1600-h/DSCN8669.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0TzC9Y0F3I/AAAAAAAAFlQ/Alq0yhykSd8/s320/DSCN8669.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423727083424847730" /&gt;&lt;/a&gt;Jako że przypadła mi rola lidera grupy, nie mogę się spóźnić na zbiórkę. Spoglądam na zegarek. Co to? Jeszcze tak wcześnie? Nie, to tylko bateria padła. Udany początek, nie ma co...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Wrocławski Rynek, 19 grudnia 2009, godzina 8:00, temperatura -12,5 st.C&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0Ttl9pgcII/AAAAAAAAFko/4PYuJOsmvD0/s1600-h/DSCN8670.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0Ttl9pgcII/AAAAAAAAFko/4PYuJOsmvD0/s400/DSCN8670.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423721087720517762" /&gt;&lt;/a&gt;Jakimś cudem docieram pod Empik w miarę punktualnie. Michał i jego siostra Kasia pojawiają się kilka minut później. Nie czekamy już na nikogo. Chociaż udział w marszu deklarowało wiele osób, pozostało nas troje. Jak się okazało, cała nasza trójka to fizycy :-D&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;text-align:right"&gt;Miejsce startu: Empik, Wrocławski Rynek&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0Tu8-XT5iI/AAAAAAAAFkw/kY8zToFU8v4/s1600-h/DSCN8675.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0Tu8-XT5iI/AAAAAAAAFkw/kY8zToFU8v4/s400/DSCN8675.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423722582561252898" /&gt;&lt;/a&gt;Wychodzimy z miasta, kierując się na Muchobór Wielki, gdzie zaczyna się niebieski szlak na Ślężę. Robimy tam pierwszy postój, delektując się gorącą herbatą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Może nie wyglądamy na ekipę hardkorowców... ale to tylko pozory&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0Tz6qaBVHI/AAAAAAAAFlY/KI_rny5vdOg/s1600-h/DSCN8678.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 240px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0Tz6qaBVHI/AAAAAAAAFlY/KI_rny5vdOg/s320/DSCN8678.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423728040402310258" /&gt;&lt;/a&gt;Pokonywanie trasy przychodzi nam bez żadnych problemów. Jest piękna pogoda, skrzypiący mróz sprawia, że jest sucho i czysto. Nie dzieje się nic ciekawego, poza tym, że po przejściu przez Smolec skręcamy niepotrzebnie na Pietrzykowice i musimy się wrócić kilkaset metrów do ulicy Ogrodowej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0Txi_6I2II/AAAAAAAAFlA/HUfqx7JntAE/s1600-h/DSCN8680.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0Txi_6I2II/AAAAAAAAFlA/HUfqx7JntAE/s400/DSCN8680.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423725434834049154" /&gt;&lt;/a&gt;Po przejściu kładką nad autostradą A4 stwierdzamy, że można skrócić sobie kawałek trasy przechodząc na przełaj przez pole. Tym sposobem omijamy Różaniec i dopiero w budce przystankowej robimy następny postój.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po szybkim posiłku odmawiamy nieco spóźniony Anioł Pański i ruszamy dalej. Jest zimno, więc trzeba iść, żeby nie marznąć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;text-align:right"&gt;Droga przez pola&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0TyB2xKe1I/AAAAAAAAFlI/tFcOL7wnIb8/s1600-h/DSCN8683.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0TyB2xKe1I/AAAAAAAAFlI/tFcOL7wnIb8/s400/DSCN8683.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423725964956433234" /&gt;&lt;/a&gt;W Krobielowicach zatrzymujemy się na chwilę przy mauzoleum Bluchnera, żeby zrobić sobie z nim zdjęcie. Czekający nas odcinek jest jednym z ciekawszych, po przejściu przez bramę i obok pałacu szlak wiedzie najpierw lasem, następnie polną drogą. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Zachowicach przechodzimy tuż obok uroczystego konduktu pogrzebowego. Nie jestem przesądny, ale nie napawa to optymizmem. Uświadamiam sobie, że nasza wyprawa wiąże się jednak z pewnym ryzykiem - w tej chwili jest jeszcze ok, ale po przejściu 50 czy 60 km możemy czuć się już znacznie gorzej, a i temperatura w nocy będzie z pewnością znacznie niższa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T00YXqJBI/AAAAAAAAFlg/H4imaQ70Hyw/s1600-h/DSCN8688.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T00YXqJBI/AAAAAAAAFlg/H4imaQ70Hyw/s320/DSCN8688.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423729031992976402" /&gt;&lt;/a&gt;Przechodząc przez wzniesienie tuż przed Siedlakowicami spodziewałem się, że zobaczymy nasz cel 1/2 - Ślężę. Niestety, wiszące w powietrzu kryształki lodu ograniczały widoczność, rozpraszając przy okazji niebieską część światła widzialnego, dzięki czemu niebo nabierało z każdą chwilą różowo-czerwonych barw.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;&lt;br /&gt;Widok na Ślężę (właściwie: brak widoku)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Siedlakowicach podjęliśmy decyzję, aby nie skracać trasy idąc poboczem bardzo ruchliwej szosy nr 35. Poszliśmy szlakiem, przez Kryształowice i Stary Zamek. W tym miejscu niewiele brakowało, a byśmy zabłądzili. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T1_Ax5y5I/AAAAAAAAFlo/acFSqDYM0VU/s1600-h/DSCN8696.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T1_Ax5y5I/AAAAAAAAFlo/acFSqDYM0VU/s400/DSCN8696.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423730314150792082" /&gt;&lt;/a&gt;Uratowała nas intuicja Kasi, która oddaliła się we właściwym kierunku i odnalazła szlak, który o dziwo przechodził przez czyjąś posiadłość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Zaraz potem trzeba było przejść nad strumieniem przez rozpadającą się kładkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;"Most Śmierci" :-D prosto z "Indiany Jonesa"&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zanim dotarliśmy do Rogowa Sobóckiego, zapadł zmrok. Uzbrojeni w czołówki, szliśmy poboczem, aż wreszcie ukazała się tablica z napisem "Sobótka", co oznaczało symbolicznie mniej więcej połowę trasy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T37NyWSqI/AAAAAAAAFlw/6RnEqo_sQbQ/s1600-h/DSCN8702.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T37NyWSqI/AAAAAAAAFlw/6RnEqo_sQbQ/s400/DSCN8702.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423732447946099362" /&gt;&lt;/a&gt;Zaproponowałem zrobienie zdjęcia z tablicą. W tym momencie Michał poinformował mnie, że w Sobótce on i Kasia kończą swoją wędrówkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pożegnaliśmy się na dworcu autobusowym. Michał przekazał mi swój termos z herbatą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;66 % uczestników wraca do Wrocławia&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T5TJlTZRI/AAAAAAAAFl4/VafR-ojGDoU/s1600-h/DSCN8703.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T5TJlTZRI/AAAAAAAAFl4/VafR-ojGDoU/s320/DSCN8703.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423733958646129938" /&gt;&lt;/a&gt;Po odjeździe autobusu nie traciłem czasu - Ślęża czekała na zdobycie. Pewna Pani czekająca na swój autobus ostrzegła mnie przed dzikami, których ogromne ilości pojawiły się ostatnio na Ślęży.&lt;br /&gt;Wchodząc na górę czerwonym szlakiem, rzeczywiście słyszałem jakieś zwierzęta kryjące się w ciemnościach. Nic mnie na szczęście nie zaatakowało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Jak człowiek zostaje w nocy sam w ciemnym lesie, zaczyna słyszeć głosy.. :-D&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T6BkVgaUI/AAAAAAAAFmA/ErQNHAxtM20/s1600-h/DSCN8704.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T6BkVgaUI/AAAAAAAAFmA/ErQNHAxtM20/s400/DSCN8704.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423734756101613890" /&gt;&lt;/a&gt;Im wyżej, tym piękniejsza była droga wiodąca na szczyt. Ścieżkę ze wszystkich stron otaczały oszronione gałęzie. Miałem wrażenie, że przeniosłem się do Narnii pod panowaniem Królowej Śniegu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Czerwony szlak na Ślężę - jakby kto ciekły azot wylał...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miałem nadzieję wejść na chwilę do schroniska i coś zjeść. Było czynne do 20:00. Ponieważ zegarek nie działał, włączyłem komórkę, żeby sprawdzić godzinę. Była 20:05. Zadzwoniłem do drzwi. Po kilku minutach pani ze schroniska wpuściła mnie do środka. Nie była specjalnie zachwycona. Widząc to, powiedziałem, że wejdę tylko żeby zmienić skarpetki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak jak się obawiałem, moje stopy były w dość kiepskim stanie - pomarszczona skóra i pęcherze, jeden na drugim. Miałem idealnie wodoszczelne buty - niestety, działało to w obie strony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wychodząc, dowiedziałem się od pani ze schroniska, że na zewnątrz jest -18 stopni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy już zamknęła za mną drzwi, uznałem, że powinienem był jednak zachować się bezczelnie i zostać w środku, żeby zjeść kolację. Zamiast tego usiadłem na schodach i zacząłem sprawdzać, co nadaje się do zjedzenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T637w6YiI/AAAAAAAAFmQ/0BxX1-04R0Y/s1600-h/DSCN8706.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T637w6YiI/AAAAAAAAFmQ/0BxX1-04R0Y/s320/DSCN8706.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423735690103513634" /&gt;&lt;/a&gt; Niestety, większość prowiantu zamarzła. Wiedziałem o tym już wcześniej, dlatego przed wejściem na Ślężę umieściłem puszkę z sałatką rybną i ser w plasterkach tuż przy ciele, aby je rozmrozić. Częściowo się to udało, jednak sałatka była wciąż potwornie zimna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Danie wieczoru - lody o smaku makreli&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zjadłem kilka takich lodowatych kanapek, z każdą chwilą coraz bardziej trzęsąc się z zimna. Sądziłem, że herbata też będzie już co najwyżej letnia. Ku mojemu zaskoczeniu, termos Michała trzymał ciepło tak dobrze, że w środku był jeszcze niemal wrzątek! Z rozkoszą wypiłem dwa kubeczki, jeden po drugim.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pomyślałem sobie, że gdyby Michał i Kasia nie zrezygnowali, z całą pewnością zabrakłoby nam nie tyle gorącej herbaty, co w ogóle czegokolwiek do picia - woda mineralna w butelce zamarzła w 100% objętości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T7zbGxvHI/AAAAAAAAFmY/q3WnrEEoQ14/s1600-h/DSCN8710.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T7zbGxvHI/AAAAAAAAFmY/q3WnrEEoQ14/s400/DSCN8710.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423736712129002610" /&gt;&lt;/a&gt;Po kolacji ruszyłem na wieżę widokową. Na szczęście nie było wiatru. Widoków na Wrocław też nie było, ale mi wystarczyło zdjęcie na tle masztu radiowego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;&lt;br /&gt;Cel 1/2 osiągnięty :-)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zszedłem na przełęcz Tąpadłą, a stamtąd ruszyłem żółtym szlakiem do Kiełczyna. Ten odcinek był prawdziwym rajdem na orientację - trasa prowadziła przez las i była mocno pokręcona. Był moment, kiedy musiałem przeskoczyć przez strumień, aby przekonać się, że ciąg dalszy szlaku faktycznie znajduje się po drugiej stronie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Starałem się bardzo uważnie analizować mapę. Dzięki temu tylko raz trochę zabłądziłem. Zmyliły mnie ślady pozostawione przez samochód. Sądziłem, że trzymając się ich na pewno dotrę przynajmniej do asfaltu. Okazało się, że ślady wyprowadziły mnie na jakąś polanę, gdzie zamykały się w pętlę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wkrótce przekonałem się, kto zostawia te ślady. Jakiś zwariowany kierowca szalał maluchem po polnych i leśnych drogach. Pewnie zmodyfikował silnik i teraz testował jego możliwości. Jeden raz zobaczyłem go z bliska, jak przemknął tuż obok mnie - było to nieco przerażające, gdyż szyby samochodu były całkowicie zaparowane i rozświetlone od wewnątrz. Wyglądał jak jakiś maluch-widmo bez żadnego człowieka w środku :-D&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wydostałem się wreszcie na asfaltową szosę. I tu spotkała mnie dość nieprzyjemna przygoda. Dwa razy zatrzymali się przy mnie kierowcy, zdziwieni obecnością człowieka z lampą w takim miejscu i o takiej godzinie. Ktoś z was może myśli sobie: "No proszę. Polscy kierowcy to jednak pomocni ludzie." Hmm, ciekawe... &lt;br /&gt;Moja rozmowa z drugim samochodem brzmiała mniej więcej tak:&lt;br /&gt;- Hej, kolego! Wszystko w porządku? Może cię gdzieś podrzucić?&lt;br /&gt;- Nie, dzięki, nie trzeba. Wszystko ok!&lt;br /&gt;- A zaje**ć ci, cwelu? Co? Zaje**ć ci?&lt;br /&gt;Na szczęście kierowcy mocni są tylko w gębie, zwłaszcza przy takim mrozie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T8z1QlUdI/AAAAAAAAFmg/o5X2zkILnIM/s1600-h/DSCN8716.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T8z1QlUdI/AAAAAAAAFmg/o5X2zkILnIM/s400/DSCN8716.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423737818661081554" /&gt;&lt;/a&gt;Droga przez Kłęczyn, Tuszyn i Włóki ciągnęła się monotonnie aż do zakrętu na miejscowość Nowizna. Zakręt był łatwy do przeoczenia, jednak rozpoznałem go, powracając myślami do zeszłorocznej wyprawy, która wiodła tą samą trasą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Cicha noc, mroźna noc...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T9FYUiAeI/AAAAAAAAFmo/_rIfiIgo7qc/s1600-h/DSCN8718.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T9FYUiAeI/AAAAAAAAFmo/_rIfiIgo7qc/s320/DSCN8718.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423738120130658786" /&gt;&lt;/a&gt;Zatrzymałem się na chwilę pod wiatą przystankową, podziwiając piękno kryształków lodu osiadłych na szybie. Za mostem na lewo i na prawo wiodła oświetlona droga. W chwili, gdy się tam zatrzymałem, pojawił się na niej królik, który chwilę później zniknął. Można powiedzieć, że poszedłem za królikiem - minąwszy budynki dawnego PGRu, zniknąłem w ciemnościach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Przez chwilę myślałem, że to tzw. dewitryfikacja szkła, czyli odszklenie w niskiej temperaturze. Czyżby był aż taki mróz?!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dość długo szedłem idealnie prostą polną drogą, aż wyrosło przede mną ogrodzenie. Skręciłem w prawo i ścieżką między krzakami wydostałem się na ulicę w Bartoszowie. Stąd znów ruszyłem przez pola, idąc drogą równolegle do miejscowości Piskorzów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na tym etapie było już naprawdę ciężko. Wbrew temu, czego się spodziewałem, to nie mróz był największym problemem. Największy ból sprawiały stopy. Każdy krok był istną torturą - miałem uczucie, jakby w skórę wbijały mi się dziesiątki igieł. Każda nierówność, na której postawiłem stopę, powodowała, że zbliżałem się do obłędu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ból zmusił mnie do postoju na środku pola. W tym miejscu omal nie straciłem mojego źródła światła. Posługiwałem się tandetną lampką, która miała dwa ruchome elementy: wyłącznik i uchwyt - i oba te elementy odpadały. Podczas postoju pokrętło wyłącznika wpadło do śniegu. Przez kilka minut szukałem go po ciemku, gdyż lampka zgasła. Udało się - od tej pory trzymałem go w kieszeni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po wyjściu z polnej drogi ukryłem się na chwilę w budce przystankowej w Piskorzowie. Włączyłem komórkę - godzina 4:00! Sądziłem, że jest co najwyżej 2:00.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T99lOp5cI/AAAAAAAAFmw/tkGX6LbaQ4I/s1600-h/DSCN8719.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T99lOp5cI/AAAAAAAAFmw/tkGX6LbaQ4I/s320/DSCN8719.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423739085668345282" /&gt;&lt;/a&gt;Świadomość bliskości celu sprawiła, że poczułem przypływ energii. Na odcinku przed Rościszowem ból i zmęczenie prawie zniknęły.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Ten widok zadziałał lepiej od RedBulla&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Rościszowie minął mnie z naprzeciwka pierwszy autobus do Dzierżoniowa. To oznaczało, że było już po piątej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T-5fa37UI/AAAAAAAAFm4/biwILdzyXbA/s1600-h/DSCN8720.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0T-5fa37UI/AAAAAAAAFm4/biwILdzyXbA/s320/DSCN8720.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423740114901134658" /&gt;&lt;/a&gt;Minąłem pensjonat "Magda". Planowałem już od dłuższego czasu, że wejdę do środka, aby odpocząć nie martwiąc się, że zamarznę. Niespodziewanie dla samego siebie, ruszyłem dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Ciepły pokoik, miękki dywanik, gorąca herbatka... e tam, może kiedy indziej&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I oto wkraczam na zielony szlak. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wchodzenie pod górkę było potwornie bolesne. Posuwałem się bardzo powoli, jak człowiek, który bosymi stopami próbuje przejść po rozsypanych pinezkach. Za to droga była przepiękna, znacznie piękniejsza niż na Ślęży. Aż trudno było uwierzyć, że drzewa są w stanie przyjąć na siebie tak grubą warstwę szronu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczyt mogłem pójść szlakiem żółtym, czerwonym albo niebieskim. Oczywiście, wybrałem najgorszy z nich...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niebieski szlak: paskudnie stromy, a do tego zasypany śniegiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Właziłem na górę, stawiając nogi na czyichś śladach, a tymczasem robiło się coraz jaśniej. Ból zaczynał doprowadzać mnie do szału.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0UACHzadvI/AAAAAAAAFnA/S00iaaLOMc4/s1600-h/DSCN8723.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0UACHzadvI/AAAAAAAAFnA/S00iaaLOMc4/s400/DSCN8723.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423741362692060914" /&gt;&lt;/a&gt;Jak to możliwe, że tyle wchodzę, a końca ciągle nie widać?! A w dodatku jest już dzień! Zaraz miną 24 godziny od rozpoczęcia wyprawy, a ja mam jeszcze taki kawał pod górę!?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Mroźny świt&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wkurzyłem się. Zacząłem prawie biec, nie zwracając uwagi na stan moich nóg.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Człowiek, który zostawił ślady, musiał dość dobrze znać trasę, gdyż cały czas widziałem oznakowania szlaku. Niestety, tuż przed szczytem, w gęstym labiryncie małych choinek, gdzie warstwa śniegu sięgała powyżej pasa, jego droga przypominała random-walk.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0UBIGPPTLI/AAAAAAAAFnI/7-pVP8rOYfM/s1600-h/DSCN8732.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 300px; height: 400px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0UBIGPPTLI/AAAAAAAAFnI/7-pVP8rOYfM/s400/DSCN8732.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423742564862741682" /&gt;&lt;/a&gt;Wydawało mi się, że brnąłem w tym śniegu całe wieki. Kiedy wreszcie ukazała się wieża, myślałem, że oszaleję z radości. Kilka minut później dotarłem do celu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Cel ukazał się o godzinie 8:22 - dokładnie 24 godziny i 11 minut od momentu rozpoczęcia wyprawy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ku mojemu zaskoczeniu, było dosyć ciepło: jakieś -5 stopni (spodziewałem się, że na szczycie będzie przynajmniej -25). W dodatku prawie nie było wiatru. Usiadłem pod wiatą, aby odpocząć i napawać się swoim sukcesem. Założyłem ostatnią parę suchych skarpet i sprawdziłem godzinę - okazało się, że sukces był niestety tylko częściowy - nie zmieściłem się w 24 godzinach - ale nie zabrakło wiele.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0UCjjQ7D8I/AAAAAAAAFnQ/OQcByIqNiCY/s1600-h/DSCN8740.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0UCjjQ7D8I/AAAAAAAAFnQ/OQcByIqNiCY/s400/DSCN8740.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423744136022527938" /&gt;&lt;/a&gt;Skoro szedłem tu już taki kawał, postanowiłem, że zrobię sobie hardkorowe zdjęcie na przysłowiową naszą-klasę - A CO?!  :-D&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;&lt;br /&gt;I tak będę chory, więc co mi tam...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez chwilę po głowie krążył mi pomysł, aby rozpalić ogień w palenisku i trochę się ogrzać, a przy okazji roztopić wodę mineralną. Na szczęście szybko się opamiętałem i ruszyłem w drogę powrotną, tym razem przez żółty szlak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szlaku było po kolana sypkiego, puszystego śniegu - wymarzone warunki dla kogoś, kto ma uszkodzone podeszwy. Czułem się, jakbym stąpał po czerwonym dywanie :-) To nie sprawiło jednak, że posuwałem się szybciej - mój krok przypominał raczej krok pingwina.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0UFlFEU7oI/AAAAAAAAFno/rXTKOm85PII/s1600-h/DSCN8746.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0UFlFEU7oI/AAAAAAAAFno/rXTKOm85PII/s400/DSCN8746.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423747460811255426" /&gt;&lt;/a&gt;Dokoła było tak cudnie, że bez przerwy zadzierałem głowę, aby podziwiać arcydzieła stworzone przez mróz. Dzień zaczynał się słoneczny, a krótkie powiewy wiatru co chwila wywoływały lawiny śnieżnego pyłu, spadające z koron drzew. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W związku z tym przeżyłem również chwile grozy - znalazłem się w strefie skrzypiących gałęzi. Wydawały taki dźwięk, jakby w każdej chwili miały pęknąć pod ciężarem śniegu i spaść wprost na moją głowę. Jedno miejsce nawet przebiegłem, tak byłem przestraszony (a w tamtym momencie niewiele było rzeczy, które zmusiłyby mnie do biegu).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na przystanek autobusowy w Rościszowie dotarłem kilka minut po godzinie 12. O 12:17 zabrał mnie autobus do Dzierżoniowa, a w Dzierżoniowie na dworcu PKS przechwycił mnie bus, którym do Wrocławia dotarłem około 14:30. Prawie nie pamiętam tej podróży, gdyż natychmiast po usadowieniu się w fotelu zasnąłem. Wiem jedynie tyle, że jakaś pani wiozła zapakowaną w prezencie laleczkę, która przy każdym wstrząsie wybuchała śmiechem, a pozostali pasażerowie dostawali od tego szału. Mi ta śmiejąca się laleczka nie przeszkadzała w ogóle :-)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po powrocie przyszło mi tą wyprawę odchorować... Ale nie żałuję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka spostrzeżeń odnośnie odporności prowiantu na mróz:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czego na przyszłość nie zabierać?&lt;br /&gt;- wody mineralnej - chyba że ktoś chce nieść w plecaku pół kilo lodu jako dodatkowy balast&lt;br /&gt;- napojów energetyzujących w puszce - podobnie&lt;br /&gt;- konserw rybnych, serów - da się co prawda zjeść, ale jest to bardzo nieprzyjemne&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co się sprawdziło?&lt;br /&gt;- chałwa! - to odkrycie roku: nie zamarza, a daje takiego kopa, że czekolada to przy tym kalafior&lt;br /&gt;- gorąca, posłodzona herbata w termosie - jeśli następnym razem też będzie taki mróz, każdy uczestnik musi mieć co najmniej trzy termosy herbaty&lt;br /&gt;- żelki - na mrozie zmieniają się w orzeźwiające cukierki&lt;br /&gt;- wafelki - najlepiej na wagę, w dużych ilościach - doskonale sprawdzają się jako zapychacz zamiast chleba.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trudno powiedzieć...&lt;br /&gt;- czekolada i batoniki - nawet nie próbowałem rozpakowywać... ale pewnie jak ktoś ma mocne zęby, to da radę&lt;br /&gt;- chleb - w czasie całej wyprawy zjadłem kilka kromek. Okazało się, że zamarza, ale stopniowo i na początku tylko powierzchownie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0UGUfkpCDI/AAAAAAAAFnw/PKee64Keu78/s1600-h/DSCN8738.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 300px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0UGUfkpCDI/AAAAAAAAFnw/PKee64Keu78/s400/DSCN8738.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423748275379963954" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Sopel Beskidu. 100% lodu... :+]&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6113975959707210351-4302604261889236941?l=radoslavkolkowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://radoslavkolkowski.blogspot.com/feeds/4302604261889236941/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6113975959707210351&amp;postID=4302604261889236941' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6113975959707210351/posts/default/4302604261889236941'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6113975959707210351/posts/default/4302604261889236941'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://radoslavkolkowski.blogspot.com/2010/01/wscieka-sowa.html' title='Wściekła Sowa'/><author><name>Radek_K</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12883558453356922495</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/S0TtTcv2mjI/AAAAAAAAFkg/9KpPS58ffVQ/s72-c/DSCN8733.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6113975959707210351.post-1091946782908797380</id><published>2009-10-31T08:59:00.000-07:00</published><updated>2009-11-01T02:46:01.620-08:00</updated><title type='text'>Camino de Santiago</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxgSS77FvI/AAAAAAAAFWU/fA6R5EV6pw0/s1600-h/DSCN0304.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxgSS77FvI/AAAAAAAAFWU/fA6R5EV6pw0/s400/DSCN0304.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398795920747468530" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nareszcie znalazłem chwilę, aby przenieść na komputer te wszystkie przygody, które spisywałem spontanicznie do zeszytu od francuskiego. Jest tych notatek bardzo dużo, i pełno w nich nieistotnych szczegółów, które pominę, aby uczynić tę relację nieco bardziej czytliwą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxgoEvtPII/AAAAAAAAFWc/Ks0_0_ZGRYk/s1600-h/CSCN9833.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxgoEvtPII/AAAAAAAAFWc/Ks0_0_ZGRYk/s320/CSCN9833.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398796294895254658" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wylecieliśmy z Wrocławia po południu, 29 lipca. Naszym pierwszym celem była Barcelona.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxhMOrPYdI/AAAAAAAAFWs/gr4EihFdSA4/s1600-h/CSCN9858.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxhMOrPYdI/AAAAAAAAFWs/gr4EihFdSA4/s320/CSCN9858.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398796916036166098" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dotarcie tam wcale nie było takie proste. Samoloty RyanAir lądują na lotnisku Girona, skąd do Barcelony jest dość spory kawałek. Wybraliśmy najtańszą opcję – pociąg z miejscowości Riudellots de la Selva. Z lotniska doszliśmy tam z buta, wzdłuż autostrady. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxhAvL3_9I/AAAAAAAAFWk/rGHbEgxCOTs/s1600-h/CSCN9855.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxhAvL3_9I/AAAAAAAAFWk/rGHbEgxCOTs/s320/CSCN9855.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398796718604550098" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sprawiliśmy przy tym sporą frajdę kierowcom - widok 8-osobowej ekipy z wielkimi plecakami, przedzierającej się przez ronda i skrzyżowania całkowicie wyłączone z ruchu pieszego, musiał być bardzo pocieszny ;-)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Barcelonie podzieliliśmy się na noclegi u ludzi poznanych przez CouchSurfing. Mnie wraz z Agnieszką i Kasią ugościła Laura, studentka slawistyki, która przyjęła nas bardzo ciepło, już na powitanie częstując kolacją.&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxhhBkmbGI/AAAAAAAAFW0/oWkRnrZGESo/s1600-h/DSCN0130.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxhhBkmbGI/AAAAAAAAFW0/oWkRnrZGESo/s320/DSCN0130.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398797273295907938" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Od lewej: ja, Kasia, Laura, Agnieszka&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxhyjruXrI/AAAAAAAAFW8/GIgETLbaJM8/s1600-h/CSCN9983.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxhyjruXrI/AAAAAAAAFW8/GIgETLbaJM8/s320/CSCN9983.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398797574510370482" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Spędziliśmy w tym pięknym mieście dwa dni. Nie będę wymieniać wszystkiego, co obejrzeliśmy – listę atrakcji można znaleźć w każdym przewodniku. Tym, którzy planują się kiedyś wybrać do Barcelony, polecam wzgórze Montjuic, skąd roztacza się efektowny widok na port towarowy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suxh_tu5XpI/AAAAAAAAFXE/nldImZ9s4N0/s1600-h/DSCN0012.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suxh_tu5XpI/AAAAAAAAFXE/nldImZ9s4N0/s320/DSCN0012.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398797800546328210" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Warte są również obiekty olimpijskie na tymże wzgórzu. Natomiast miejsce, na które zdecydowanie nie należy tracić czasu i pieniędzy, to muzeum Picassa – jak słusznie zauważył Piotrek : „Gdyby mi ktoś dawał taki jeden obraz za darmo, to może bym i wziął...”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Również plażowanie okazało się być dalekie od utopijnego obrazka – woda w Morzu Śródziemnym jest piekielnie słona, co sprawia, że nie sposób tam długo wytrzymać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W nocy z 31 na 1 sierpnia przejechaliśmy autobusem do Logrono i z dworca autobusowego rozpoczęliśmy naszą pieszą wędrówkę do Santiago.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxjCfz83rI/AAAAAAAAFXM/vXjNrBed1Jw/s1600-h/2009_08_01_0404.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 267px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxjCfz83rI/AAAAAAAAFXM/vXjNrBed1Jw/s400/2009_08_01_0404.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398798947860668082" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Gotowi do startu, autor zdjęcia: Piotr Batog&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszy dzień dostarczył pewnego wyobrażenia na temat panujących tu warunków. Poranek był dość chłodny, jednak już przed południem robiło się upalnie. Apogeum zaczynało się około 13:00 i trwało aż do wieczora – w tych godzinach wszystko, co żywe (i mające odrobinę rozsądku), chowało się do cienia. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxkjrqX45I/AAAAAAAAFXs/ZQ5Yr8ZFtz4/s1600-h/DSCN0152.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxkjrqX45I/AAAAAAAAFXs/ZQ5Yr8ZFtz4/s400/DSCN0152.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398800617489032082" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Typowy element hiszpańskiego krajobrazu&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tego dnia mieliśmy po południu burzę piaskową i słaby deszczyk. Po 28 km doszliśmy do albergue w miejscowości Najera. Wziąłem na siebie ugotowanie obiadu. Gdy ekipa dochodziła do siebie, ja ruszyłem na zakupy. Za 3 euro i 33 centy wydane ze wspólnej kasy przygotowałem obiad, którym najadło się do syta 8 osób i było to podobno nawet smaczne. Do dziś uważam tamten obiad za osobisty sukces ;-)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxpiLF_L7I/AAAAAAAAFX0/5Pqc_JB05jY/s1600-h/DSCN0177.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxpiLF_L7I/AAAAAAAAFX0/5Pqc_JB05jY/s320/DSCN0177.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398806089124753330" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Nad miasteczkiem góruje przepiękne wzgórze z krzyżem na szczycie - taki miejscowy Giewont. Wspięcie się tam zajęło zaledwie 15 minut, a widok był zachwycający. Za to schodząc w dół, o mały włos nie wylądowałem na dachu kościoła (ostatecznie wylazłem gdzieś przez jakiś śmietnik) :D&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drugiego dnia pogoda z rana była prawdziwie niehiszpańska – deszczyk zacinał jak w Polsce pod koniec listopada – ale dzięki temu ruszyliśmy żwawo naprzód. Ja rozpędziłem się trochę za bardzo -  niewiele brakowało, a przeszedłbym wioskę Grenon, w której mieliśmy nocować.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suxje8VYgSI/AAAAAAAAFXU/fRGQ6f4FPtk/s1600-h/2009_08_02_0546.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 214px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suxje8VYgSI/AAAAAAAAFXU/fRGQ6f4FPtk/s320/2009_08_02_0546.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398799436553421090" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Na długo zapadła mi w pamięć atmosfera tego miejsca, zwłaszcza wspólne przygotowanie posiłku, a później dzielenie się między sobą doświadczeniami minionego dnia. Nigdy nie zapomnę też mrocznej pralni, umiejscowionej na poddaszu tuż nad sklepieniem kościoła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pralnia w Grenon, autor zdjęcia: Piotr Batog&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxjuJLx6pI/AAAAAAAAFXc/sgFfQkUzRBc/s1600-h/2009_08_03_0607.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 214px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxjuJLx6pI/AAAAAAAAFXc/sgFfQkUzRBc/s320/2009_08_03_0607.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398799697700842130" /&gt;&lt;/a&gt;Najbardziej jednak podobało mi się Albergue w Tosantos, gdzie dotarliśmy następnego dnia. Hospitaliero z języków obcych najlepiej znał niemiecki, i w tym języku wyjaśnił nam zasady, co brzmiało szczególnie zabawnie, gdy zapowiedział, że będzie strzelał do każdego, kto wstanie przed 6:00 rano.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kto nie pracuje, ten nie je :-) Autor zdjęcia: Piotr Batog&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suxr479SE-I/AAAAAAAAFX8/f7OIvI5fqms/s1600-h/DSCN0218.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suxr479SE-I/AAAAAAAAFX8/f7OIvI5fqms/s320/DSCN0218.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398808679221957602" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wieczorem poszliśmy razem z gospodarzem i innymi pielgrzymami do niezwykłego, wykutego w skale kościoła (dla zainteresowanych: Ermita de la Virgen de la Peña).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem była wspólna kolacja, podczas której gospodarz zarządził konkurs piosenki. Każdy kraj musiał coś zaprezentować, inaczej... „no breakfast” :-&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxtQI8CdvI/AAAAAAAAFYE/HzfHmHqm7WA/s1600-h/DSCN0239.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxtQI8CdvI/AAAAAAAAFYE/HzfHmHqm7WA/s320/DSCN0239.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398810177355020018" /&gt;&lt;/a&gt;Czwartego dnia dotarliśmy do Atapuerca, gdzie było tylko jedno albergue za 7 euro. Dziewczyny wybrały nocleg w luksusie, natomiast ja i Piotrek wzięliśmy tylko śpiwory i poszliśmy na pobliskie pola. Udało nam się wykąpać w jeziorze, choć z pewną obawą, gdyż było ogrodzone i wyglądało na rezerwat ptactwa wodnego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic; float:right;"&gt;Idealne miejsce na nocleg :-D&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie był to ostatni kontakt z naturą: wieczorem kilka metrów obok nas przewaliło się stado owiec, wracające z pastwiska.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wybrałem sobie idealną miejscówkę na oglądanie zachodu słońca – rzadko miałem w życiu okazję podziwiać tak piękne kolory.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxtxnXvvPI/AAAAAAAAFYM/XLSMvcZmZJI/s1600-h/DSCN0247.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxtxnXvvPI/AAAAAAAAFYM/XLSMvcZmZJI/s400/DSCN0247.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398810752459980018" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Nocleg pod gołym niebem to ciekawe przeżycie, jednak panujący w nocy chłód i natrętne komary nie pozwalają wypocząć. Na szczęście następnego dnia do Burgos mieliśmy tylko kilkanaście kilometrów, dotarliśmy tam przed 11:00. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Albergue, do którego zmierzaliśmy, było zamknięte do 14:30, więc staliśmy pod nim nie wiedząc, co z sobą zrobić, gdy zza naszych pleców padło pytanie: „Jesteście może z Polski?”. Tak oto poznaliśmy panią Anię, która zaproponowała nam nocleg w swoim mieszkaniu, a zaraz po tym, jak się wprowadziliśmy, wyciągnęła nas do supermarketu. Zawarliśmy umowę, że pani Ania płaci za zakupy, a my ugotujemy obiad. Tym sposobem zjedliśmy wspólną ucztę z 5 kilo ziemniaków i 11 kilo schabowego. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxkLvXr5oI/AAAAAAAAFXk/ZJcBJHUyvTI/s1600-h/2009_08_05_0704.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 267px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxkLvXr5oI/AAAAAAAAFXk/ZJcBJHUyvTI/s400/2009_08_05_0704.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398800206167533186" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Prawdziwa uczta w polskim stylu. Autor zdjęcia: Piotr Batog&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na skutek przeciążenia zwiedziliśmy w Burgos tylko katedrę ... Lecz cóż to za katedra! Można by się w nią wpatrywać całymi godzinami, i nie mieć dość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxurX_trSI/AAAAAAAAFYU/Xk6ylFDUEco/s1600-h/DSCN0260.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxurX_trSI/AAAAAAAAFYU/Xk6ylFDUEco/s400/DSCN0260.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398811744765062434" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kawałek katedry w Burgos, trzeciej w Hiszpanii pod względem wielkości&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suxvn3K5FYI/AAAAAAAAFYc/0_x8BRdRRgQ/s1600-h/DSCN0278.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suxvn3K5FYI/AAAAAAAAFYc/0_x8BRdRRgQ/s320/DSCN0278.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398812783925597570" /&gt;&lt;/a&gt;Następnego dnia nastał w grupie pierwszy kryzys. Zatrzymaliśmy się awaryjnie w San Bol – schronisku położonym na środku pustkowia, bez łazienek, pryszniców i elektryczności. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suxx2tk15FI/AAAAAAAAFYs/JaEjlL-X-6w/s1600-h/2009_08_06_0813.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 214px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suxx2tk15FI/AAAAAAAAFYs/JaEjlL-X-6w/s320/2009_08_06_0813.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398815238071379026" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Natychmiast z ogromną przyjemnością wykąpałem się w baseniku zasilanym lodowatą wodą ze źródełka. Woda była tak zimna, że podczas nurkowania mózg zamarzał ;-D Niestety, zrobienie prania w lodowatej wodzie nie było już takie przyjemne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic; float:right;"&gt;Autor zdjęcia: Piotr Batog&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siódmego dnia, ze względu na opłakany stan trójki dziewczyn doszliśmy tylko do Castrojeriz, a nazajutrz dziewczyny dojechały do nas autostopem do Pablacio de Campos, nie chcąc spowalniać reszty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxwZ6xrfFI/AAAAAAAAFYk/JyTRbopUQ44/s1600-h/DSCN0287.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxwZ6xrfFI/AAAAAAAAFYk/JyTRbopUQ44/s320/DSCN0287.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398813643887049810" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;&lt;br /&gt;Tuż przed Castrojeriz, w tle: charakterystyczne ruiny zamku na szczycie wzgórza&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedną z refleksji, jaka nasuwa się podczas wędrówki przez Hiszpanię, jest kondycja materialno-duchowa tego kraju. Mijane po drodze miasteczka pełne są ruin, w tym ruin nie tylko domów, ale i kościołów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxzrJwxB3I/AAAAAAAAFY0/Fjrsvwix0Uw/s1600-h/DSCN0285.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxzrJwxB3I/AAAAAAAAFY0/Fjrsvwix0Uw/s320/DSCN0285.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398817238502410098" /&gt;&lt;/a&gt;W drodze do Castrojeriz można napotkać chyba najbardziej spektakularny przykład. Ruiny katedry i klasztoru, przez które najzwyczajniej w świecie przebiega asfaltowa szosa, emanują przygnębiającym majestatem, przywodząc na myśl minioną potęgę Kościoła Katolickiego. Czy taka jest jego europejska przyszłość?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Sux0ZKrY4DI/AAAAAAAAFY8/qdF_XxXcFEY/s1600-h/2009_08_08_0919.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 214px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Sux0ZKrY4DI/AAAAAAAAFY8/qdF_XxXcFEY/s320/2009_08_08_0919.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398818029022273586" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tuż przed przekroczeniem granicy między Burgos a Palencią napotkaliśmy niezwykle gościnne albergue urządzone w starej kaplicy, gdzie poczęstowano nas drugim śniadaniem. Gospodarz pozwolił nam również odmówić jutrznię, a przed wymarszem udzielił nam specjalnego błogosławieństwa na dalszą wędrówkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;&lt;br /&gt;Autor zdjęcia: Piotr Batog&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Pablacio de Campos, po pełnej emocji dyskusji podjęliśmy decyzję o podzieleniu grupy. Moje starania o to, abyśmy wszyscy wspólnie dotarli do Santiago, zostały pogrzebane przez argumenty Kasi, która musiała za wszelką cenę zdążyć na samolot, a przy aktualnym tempie najsłabszych uczestników nie było to możliwe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chcąc wybierać pomiędzy dwiema grupami oddzieliłem się od wszystkich. Postanowiłem realizować swój własny plan – wypełniać każdy dzień marszem, iść swoim własnym tempem, tak długo, jak tylko zdołam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Sux1Znho3qI/AAAAAAAAFZE/74aTcdSqRVA/s1600-h/2009_08_08_0966.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 267px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Sux1Znho3qI/AAAAAAAAFZE/74aTcdSqRVA/s400/2009_08_08_0966.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398819136277634722" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Ostatnie wspólne zdjęcie, autor: Piotr Batog&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak o poranku poraz ostatni odmówiliśmy wspólną jutrznię, po czym pożegnaliśmy się. Ruszyłem przed siebie, czując prawdziwą wolność. 17-kilometrowy odcinek totalnego pustkowia przeszedłem za jednym zamachem, zatrzymując się tylko na Anioł Pański. Zgodnie z założeniem szedłem dalej, rozglądając się za kościołem, jako że była niedziela.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Sux2Al7ojcI/AAAAAAAAFZM/MUuE3vmGdCc/s1600-h/DSCN0306.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Sux2Al7ojcI/AAAAAAAAFZM/MUuE3vmGdCc/s320/DSCN0306.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398819805864693186" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Tym sposobem dotarłem do Sahagun, pokonując 55 km. Zdążyłem idealnie na Mszę o 19:00.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sahagun&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Sux2SB8BOqI/AAAAAAAAFZU/qS39Ew6Af2s/s1600-h/DSCN0307.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Sux2SB8BOqI/AAAAAAAAFZU/qS39Ew6Af2s/s320/DSCN0307.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398820105440279202" /&gt;&lt;/a&gt;Rano obudził mnie Chorał Gregoriański – nocowałem w klasztorze benedyktynów. Wyruszyłem wcześnie, mając do zrealizowania fajny pomysł – kilka kilometrów za Sahagun ukryłem przy drodze paczkę żelek dla mojej ekipy. Od tej pory kilka razy zostawiałem im małe prezenty – co sprawiało wielką frajdę obu stronom :-&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic; float:right;"&gt;  Miejsce ukrycia żelków :-D&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spotkałem dwóch Polaków: Bartka i Piotrka, którzy minęli nas parę dni temu, ale teraz zwolnili z powodu kontuzji. Dowiedziałem się od nich, że po drodze nie ma żadnego taniego albergue – jedynie za 5-7 euro, aż do samego Leonu. Zmęczony po poprzednim dniu stwierdziłem, że nie dam rady poraz kolejny przejść 55 km... &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Sux3ydutHYI/AAAAAAAAFZc/sly5Kiwc3vg/s1600-h/DSCN0310.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Sux3ydutHYI/AAAAAAAAFZc/sly5Kiwc3vg/s320/DSCN0310.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398821762168069506" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;... A jednak. Pomógł mi pewien Węgier, który wybrał się na Camino, aby zniszczyć swoje stare buty. Narzucił mi bardzo dobre tempo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Leon: niby już, a jeszcze taki kawał..&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Sux5Ja52DmI/AAAAAAAAFZk/pAQx6pxDJ-k/s1600-h/DSCN0315.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 240px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Sux5Ja52DmI/AAAAAAAAFZk/pAQx6pxDJ-k/s320/DSCN0315.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398823256058105442" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic; float:right;"&gt;Katedra w Leon&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym sposobem drugą noc z rzędu spędziłem w klasztorze benedyktynów. Rano wyszedłem z lekkim opóźnieniem, czując, jak bardzo skrzywdziłem swoje nogi. Planowałem tego dnia zatrzymać się w San Martin i tak powinienem był zrobić. Niestety, zdecydowałem się dojść aż do Astorgi, pokonując 51 km.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Sux7yodgyXI/AAAAAAAAFZs/U79qfQkeDQM/s1600-h/DSCN0327.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Sux7yodgyXI/AAAAAAAAFZs/U79qfQkeDQM/s320/DSCN0327.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398826163095259506" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Puente de Obrigo, po drodze z Leonu do Astorgi&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Bezlitosny upał i strome podejścia na ostatnich kilometrach wycisnęły ze mnie resztki energii. Na dodatek zostałem bez jedzenia, planując zakupy w następnej miejscowości i za każdym razem napotykając zamknięte sklepy (siesta!).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Sux-R-VS9hI/AAAAAAAAFZ0/h6Eik62-ccw/s1600-h/DSCN0335.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Sux-R-VS9hI/AAAAAAAAFZ0/h6Eik62-ccw/s320/DSCN0335.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398828900565579282" /&gt;&lt;/a&gt;Szedłem już ostatkiem sił, gdy nagle pojawił się przede mną stolik z kawą, herbatą i owocami. Jakiś wolontariusz rozbił obozowisko w cieniu stodoły. Poczęstował mnie kawałkiem melona, który złapałem w biegu i natychmiast zjadłem, nawet się nie zatrzymując. To było jak kropla paliwa, dzięki której dotarłem do celu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic; float:right;"&gt;Moje stopy po trzecim z kolei dniu z przejściem ponad 50 km&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Sux-ubobbjI/AAAAAAAAFZ8/ulYsHs7pmNc/s1600-h/DSCN0340.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 240px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Sux-ubobbjI/AAAAAAAAFZ8/ulYsHs7pmNc/s320/DSCN0340.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398829389466791474" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Zaraz po wzięciu prysznica wyszedłem na miasto. Katedra w Astordze była zachwycająca, niestety, przybyłem za późno, aby wejść do środka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;&lt;br /&gt;Katedra w Astordze&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Godzina 6:00 rano. Kilkaset osób prawie w jednym momencie pakuje się i wyrusza w trasę... a ja dociskam stopery i śpię. Za jakiś czas zwlekam się na śniadanie do opustoszałej kuchni. Czuję się w miarę normalnie... jak na człowieka, który z 10-kilowym plecakiem w ciągu 3 dni przeszedł blisko 162 kilometry – dodajmy jeszcze: w hiszpańskim upale.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przy śniadaniu poznaję Anię i Zosię. Dziewczyny natychmiast zorientowały się, że jestem Polakiem -  jedynie Polacy jedzą na śniadanie jakieś gorące kubki zamiast czegoś porządnego ;-)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety, wychodzimy jakoś oddzielnie i nie widzimy się w trasie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyA-L6W-BI/AAAAAAAAFaE/MdTwvpegTD8/s1600-h/DSCN0358.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyA-L6W-BI/AAAAAAAAFaE/MdTwvpegTD8/s400/DSCN0358.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398831859148191762" /&gt;&lt;/a&gt;Lejący się z nieba żar okazuje się niczym wobec „wywietrzników piekła”. Tak nazwałem miejsca, w których ziemia jest nagrzana do tego stopnia, że przechodząc przez nie można mieć skojarzenia z zaglądaniem do rozgrzanego piekarnika. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym odcinkom zawdzięczam ostrą migrenę, która zmusiła mnie do zatrzymania się w Rabanal, po przejściu zaledwie 20 km.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ania i Zosia, które również nocowały w Rabanal, pomogły mi odbudować siły, częstując mnie swoim obiadem. Czułem się jak człowiek wracający do zdrowia po ciężkiej chorobie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Samo albergue – Refugio Gaucelmo – jest jednym z tych, które najmilej wspominam. Prowadzą je wolontariuszki z Wielkiej Brytanii, w efekcie było to pierwsze schronisko, gdzie językiem urzędowym był angielski. Dla dopełnienia „brytyjskości” tego miejsca, o 17:00 wszyscy zostali zaproszeni na spotkanie przy herbatce i ciastkach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyFkScHO3I/AAAAAAAAFac/gAGrUjXK_A8/s1600-h/DSCN0367.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyFkScHO3I/AAAAAAAAFac/gAGrUjXK_A8/s320/DSCN0367.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398836911781919602" /&gt;&lt;/a&gt;Następnego dnia w chłodzie poranka pokonaliśmy niemalże „tatrzańskie” podejście na Cruz de Ferro, gdzie należało wyrzucić kamyk niesiony w czasie pielgrzymki. Gest ten symbolizował rozstanie z grzechami.Na szczęście miałem przy sobie kawałek szkła znaleziony w Castrojeriz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odmówiliśmy we trójkę jutrznię, po czym dziewczyny ruszyły dalej, a ja zająłem się poszukiwaniem miejsca na ukrycie prezentu dla mojej ekipy. Później, idąc z tyłu mogłem bez skrępowania objadać się jerzynami, których spore ilości rosły przy drodze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyF_CfG1vI/AAAAAAAAFak/lugf6_Bg8yE/s1600-h/101_2946.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyF_CfG1vI/AAAAAAAAFak/lugf6_Bg8yE/s400/101_2946.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398837371355977458" /&gt;&lt;/a&gt;W Molinaseca napotkaliśmy wspaniałe miejskie kąpielisko. Dziewczynom tak się spodobało, że postanowiły tu zostać. Jeśli chodzi o mnie: 7 euro za albergue przekonało mnie, żeby iść dalej – tutaj więc się pożegnaliśmy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic; float:right"&gt;Od lewej: Ania, Zosia i ja, w tle kąpielisko w miejscowości Molinaseca&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyG1VfAwpI/AAAAAAAAFas/OlizcnPiCoY/s1600-h/DSCN0404.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyG1VfAwpI/AAAAAAAAFas/OlizcnPiCoY/s320/DSCN0404.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398838304168788626" /&gt;&lt;/a&gt;Niestety, Ponferrada, do której dotarłem, była punktem, gdzie zaczynały swoją wędrówkę całe tabuny pielgrzymów – tych mających krótkie urlopy. Dystans stąd do Santiago wynosi nieco ponad 200km, co stanowi minimum, aby uzyskać Compostelę. W efekcie prawie godzinę spędziłem stojąc w kolejce do albergue.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Ponferrada, zamek Templariuszy&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od tego miejsca Camino straciło swój urok. Tłumy ludzi, którzy przypominali już bardziej turystów niż pielgrzymów, budziły we mnie narastającą niechęć. Zapragnąłem uciec przed tą ciżbą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyHKNW6XWI/AAAAAAAAFa0/UoOarYfONhE/s1600-h/DSCN0416.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyHKNW6XWI/AAAAAAAAFa0/UoOarYfONhE/s400/DSCN0416.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398838662764584290" /&gt;&lt;/a&gt;Wyruszyłem o 6:00 rano, z chwilą otwarcia bramy. Czułem potężny przypływ energii – efekt dwóch dni regeneracji. Do miasta Villafranca szło się przyjemnie, polnymi drogami wiodącymi przez rozległe winnice. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyMs2Y4ZTI/AAAAAAAAFcQ/2KGTzM8GSvU/s1600-h/DSCN0432.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyMs2Y4ZTI/AAAAAAAAFcQ/2KGTzM8GSvU/s320/DSCN0432.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398844755452388658" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Za miastem Villafranca zaczęła się męczarnia – szlak ciągnął się wzdłuż autostrady, ciasnymi dolinami otoczonymi przez góry. Powietrze poruszały jedynie przewalające się tiry, a cień sporadycznie rzucały drogowe wiadukty.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;&lt;br /&gt;Jak można było tak zepsuć krajobraz?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tuż przed wioską La Faba nastąpiła gwałtowna zmiana otoczenia. Na drodze pojawiło się strome podejście, które do złudzenia przypominało tatrzańskie szlaki. Przez chwilę nawet zwątpiłem we własne umiejscowienie w czasie i przestrzeni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O ile w Rabanal albergue było urządzone po angielsku, o tyle w La Faba – po niemiecku. Niemiecki wolontariusz, po udręce związanej z odczytaniem i przepisaniem mojego imienia i nazwiska, wysłał mnie na nocleg do piwnicy, jako że miejsca w pokojach były już zajęte. Skasował przy tym 5 euro, co nie było miłe, zważywszy, że albergue uchodziło za parafialne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyOcGXb-tI/AAAAAAAAFco/wsHPJISXCQc/s1600-h/DSCN0437.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyOcGXb-tI/AAAAAAAAFco/wsHPJISXCQc/s320/DSCN0437.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398846666706778834" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dobrą stroną noclegu w piwnicy było to, że już o 5 rano mogłem wyruszyć w trasę. Przedsięwzięcie było nieco szalone – potykając się przemierzałem po ciemku kamieniste ścieżki, aż o godzinie 6:30 wkroczyłem do Galicji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic; float:right;"&gt;Górska wioska La Laguna, kilka km do Galicji&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyNoqNbjfI/AAAAAAAAFcg/38KJU5jF4OE/s1600-h/DSCN0444.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyNoqNbjfI/AAAAAAAAFcg/38KJU5jF4OE/s400/DSCN0444.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398845782975286770" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Tuż przed wschodem słońca zatrzymałem się na małej górce przy Cebreiro, żeby zjeść śniadanie – mając przed oczami przepiękny widok na poranne kolory nieba.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyPyYUi8qI/AAAAAAAAFcw/SDG4h2j6_oc/s1600-h/DSCN0464.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyPyYUi8qI/AAAAAAAAFcw/SDG4h2j6_oc/s320/DSCN0464.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398848148995240610" /&gt;&lt;/a&gt;Po stromym włażeniu przyszedł czas na złażenie – i tu mały szok: Galicja wydała się jakby zupełnie innym krajem. Ociekające brudem i zionące przeraźliwym smrodem galicyjskie wiochy zostawiają daleko w tyle polskie Kopydłowo. Na szczęście Camino wiodło od tej pory przeważnie klimatycznymi tunelami w mrocznej zieleni – błogosławiony cień stał się niemal nieodłącznym towarzyszem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Po drodze z La Faby do Sarii:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyUvz1DNOI/AAAAAAAAFdY/tEjC8fCt4wA/s1600-h/DSCN0461.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyUvz1DNOI/AAAAAAAAFdY/tEjC8fCt4wA/s320/DSCN0461.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398853602397861090" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Święty Jakub, Triacastela&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyVY5GyJ3I/AAAAAAAAFdg/05ACAUuFvQM/s1600-h/DSCN0465.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyVY5GyJ3I/AAAAAAAAFdg/05ACAUuFvQM/s320/DSCN0465.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398854308189054834" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic; float:right;"&gt;&lt;br /&gt;Klasztor w Samos&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tego dnia przeżyłem przygodę, która znacznie podniosła mój poziom adrenaliny. W pewnym miejscu usłyszałem za plecami dźwięk, jakby coś niesamowicie ciężkiego zbliżało się do mnie z szybkością pociągu. Obróciwszy się, zobaczyłem pędzącego na mnie byka. Bez zastanowienia wskoczyłem na brzeg ścieżki. Na szczęście byłem tuż za rozwidleniem, a rozpędzone bydlę pobiegło inną drogą. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilkanaście metrów wcześniej był wąwóz, w którym, jak mi się zdawało, żaden człowiek nie byłby w stanie zejść bykowi z drogi. Ze zdziwieniem zobaczyłem, że wychodzą stamtąd pielgrzymi – ale po wyrazie ich twarzy i żywej dyskusji stwierdziłem, że jedynie centymetry dzieliły ich od spotkania z rogami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka godzin po tym wydarzeniu w panice rzuciłem się do ucieczki – jak się okazało, przed rowerzystą :-D&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyRASiJ3fI/AAAAAAAAFdA/CtxIVDKIn_0/s1600-h/DSCN0471.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyRASiJ3fI/AAAAAAAAFdA/CtxIVDKIn_0/s400/DSCN0471.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398849487471500786" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style:italic; float:right;"&gt;Saria&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Droga do Sarii ciągnęła się niemiłosiernie. Gdy tam dotarłem, nie było już miejsca w żadnym albergue. W jednym z nich zapytałem o możliwość skorzystania z prysznica. - 3 euro – usłyszałem w odpowiedzi. Roześmiałem się facetowi w twarz i poszedłem umyć się przy jednym z ulicznych kraników – zależało mi na odświeżeniu się przed Mszą Świętą, tym bardziej, że była to uroczystość Wniebowzięcia NMP. Widząc moją bezceremonialność, inni „bezdomni” pielgrzymi poszli w moje ślady.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po Mszy Świętej poszedłem dalej, pełen niechęci do tych wszystkich pseudopielgrzymów, którzy idą po kilkanaście km dziennie, po czym zatrzymują się i sterczą czekając na otwarcie schroniska. Dla tych, którzy wykorzystują cały dzień na wędrówkę, nie ma później miejsca, a przecież to oni są znacznie bardziej zmęczeni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejna smutna refleksja przyszła, gdy zobaczyłem zachowanie pewnej dziewczyny. Podczas rozdawania Komunii Świętej wzięła komunikant do ręki i zaczęła go jeść po kawałku, jak ciastko. Ksiądz musiał podejść do niej i wyjaśnić, jak należy przyjmować Ciało Chrystusa. Dziewczyna wraz ze swoimi rodzicami okazali jedynie lekkie zdziwienie, że ktoś się ich czepia.&lt;br /&gt;Zacząłem zastanawiać się, czy Camino można jeszcze nazwać pielgrzymką? Czy to już tylko szlak turystyczny, przemierzany przez tłumy kompletnie obojętnych na religię ludzi, dla których Msza Święta stanowi jedynie dodatkową atrakcję?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyQmXF7ySI/AAAAAAAAFc4/oHDZNll6FyQ/s1600-h/DSCN0475.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyQmXF7ySI/AAAAAAAAFc4/oHDZNll6FyQ/s320/DSCN0475.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398849042018715938" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Na horyzoncie pojawiła się majestatyczna chmura burzowa, smugi deszczu przesłoniły pobliskie góry, a między ziemią a niebem przeskakiwały pioruny. Szedłem przez pola i wioski, szukając schronienia przed nadciągającą ulewą. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuySnesN30I/AAAAAAAAFdI/BOg1RvJY2oU/s1600-h/DSCN0477.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuySnesN30I/AAAAAAAAFdI/BOg1RvJY2oU/s400/DSCN0477.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398851260261457730" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Zatrzymałem się na 106,5 km przed Santiago, w przykościelnym gospodarstwie, mając nad sobą przedsionkowy daszek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spanie na kamiennej posadzce było skrajnie niewygodne, jednak kilka rzeczy ułożyło się jak w marzeniu – burza przeszła bokiem, a w nocy tuż koło mnie szalał nietoperz, pożerając wszelkie zbliżające się do mnie komary. I jak tu nie wierzyć, że Bóg nad tobą czuwa?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyTcHBBMHI/AAAAAAAAFdQ/hYvCk7Lq2CY/s1600-h/DSCN0482.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 240px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyTcHBBMHI/AAAAAAAAFdQ/hYvCk7Lq2CY/s320/DSCN0482.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398852164439322738" /&gt;&lt;/a&gt;Dzięki gospodarzom, którzy obudzili mnie rano wyruszając samochodem do pracy, udało mi się wyjść w trasę już o 6:00.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Setny kilometr, odcinek Saria - Palas de Rei&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyZg_A1m0I/AAAAAAAAFdo/L4KJ34iC1Qs/s1600-h/DSCN0490.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyZg_A1m0I/AAAAAAAAFdo/L4KJ34iC1Qs/s400/DSCN0490.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398858845260192578" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Portomarin, kościół Świętego Mikołaja&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyaeDWcGiI/AAAAAAAAFdw/EuAQWQh-VwQ/s1600-h/DSCN0495.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyaeDWcGiI/AAAAAAAAFdw/EuAQWQh-VwQ/s320/DSCN0495.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398859894396557858" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Jedyną rzeczą, którą miałem w planach, była niedzielna Msza Święta. Tym sposobem doszedłem aż do Palas de Rei. I tu powtórka z rozrywki. Jedyne wolne noclegi: za 9 euro...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Palas de Rei. Widać, że jestem wkurzony?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety, nie wiedziałem wtedy, że była jeszcze możliwość noclegu na sali gimnastycznej. Po Mszy ruszyłem dalej, i szedłem tak długo, aż zrobiło się ciemno. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po drodze minąłem jeszcze jedno schronisko za 3 euro. Oczywiście, „completo”, ale zapraszali mnie do środka na poczęstunek. Pomyślałem – miło z waszej strony, ale ja muszę znaleźć sobie miejsce do spania!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatecznie położyłem się około 22:00, kawałek dalej, na środku jakiegoś pastwiska. Do Santiago: 61 km...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W środku nocy kładę na twarz grubą warstwę kremu na komary, dzięki czemu nareszcie mogę zasnąć. Niestety, po chwili czuję na twarzy wilgoć – i to nie jakaś tam nocna mgła, ale regularny deszcz, chociaż wieczorem niebo było bezchmurne. O 4:00 słyszę, jak obok mnie przechodzą jacyś szaleńcy. Pół godziny później śpiwór mam już tak mokry, że decyduję się również wyruszyć w drogę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciemno, pada coraz mocniej, a poranna mgła zatrzymuje światło czołówki. Próbuję iść, dodając sobie otuchy żelkami Haribo. Moje nogi są w stanie krytycznym. Poruszając się ślimaczym tempem, około 7:00 dochodzę do miasta Melide, które wygląda, jakby nocą wybuchły tu jakieś zamieszki. Ulice przypominają jeden wielki śmietnik. Podobno była „fiesta” (?!)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tuż za Melide spotykam Hiszpankę, która mówi mi „Hello!” Okazuje się, że spotkaliśmy się już dwukrotnie: w Tosantos oraz w Astordze. &lt;br /&gt;No i co? Wcale szybko nie idę. A w każdym razie – nie tylko ja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuycrfjrqPI/AAAAAAAAFd4/sMX94pY-aU0/s1600-h/DSCN0504.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 240px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuycrfjrqPI/AAAAAAAAFd4/sMX94pY-aU0/s320/DSCN0504.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398862324329851122" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style:italic;float:right;"&gt;Santiago coraz bliżej&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuydBcfFBXI/AAAAAAAAFeA/8rtnKvzJ46s/s1600-h/DSCN0506.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 300px; height: 400px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuydBcfFBXI/AAAAAAAAFeA/8rtnKvzJ46s/s400/DSCN0506.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398862701462357362" /&gt;&lt;/a&gt;Planowałem tego dnia przejść 20, góra 30 km. Przeszedłem 56. Około godziny 20:30 dotarłem do Europejskiego Centrum Pielgrzymów im. Jana Pawła II w Monte do Gozo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Ostatnie kilometry przed Monte do Gozo. Zaraz umrę..&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Centrum pielgrzyma okazało się być wspaniałym miejscem na ostatni nocleg przed Santiago, zwłaszcza jeśli jest się Polakiem – ośrodek jest prowadzony przez niezwykle gościnnego księdza Romana, który zwyczajowo zaprasza swoich gości na kolację złożoną z typowo polskich dań. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyiqHZrjFI/AAAAAAAAFew/zA-_-12JYi0/s1600-h/DSCN0551.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 300px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyiqHZrjFI/AAAAAAAAFew/zA-_-12JYi0/s400/DSCN0551.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398868897735347282" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pomnik na wzgórzu Monte do Gozo&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja również zostałem zaproszony, razem z grupą rowerowych pielgrzymów z Wrocławia. I nagle okazało się, że siedzę naprzeciwko Marcina, z którym 3 lata wcześniej byłem na obozie w Białym Dunajcu w chatce Redemptora. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po tak nieprawdopodobnym zdarzeniu jak nasze spotkanie tu, na końcu świata, należałoby oczekiwać, że nic niezwykłego nie wydarzy się już we wszechświecie do końca jego istnienia... Choć taka właśnie refleksja nachodziła mnie już bardzo często – na tyle często, abym przestał wierzyć w to, że światem rządzi wyłącznie rachunek prawdopodobieństwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wieczorem, po zjedzeniu kolacji, zmusiłem się jeszcze, by zrobić pranie. Zajęło mi ono około godziny, a kiedy skończyłem, było już ciemno. Chyba jeszcze nigdy nie byłem tak wyczerpany, jak po tamtym dniu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suyeomv_HGI/AAAAAAAAFeI/LTIX0huJRL4/s1600-h/DSCN0509.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suyeomv_HGI/AAAAAAAAFeI/LTIX0huJRL4/s400/DSCN0509.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398864473744153698" /&gt;&lt;/a&gt;Następnego dnia nadeszła wreszcie ta chwila – zakończenie pielgrzymki. Do celu pozostało 5 km.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wstałem późno, odmówiłem jutrznię pod pomnikiem na szczycie do Gozo. Było niesamowicie zimno, a świat spowijała mgła jak z „Silent Hill”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suye6RydtJI/AAAAAAAAFeQ/mDFmPuKJ4fQ/s1600-h/DSCN0520.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suye6RydtJI/AAAAAAAAFeQ/mDFmPuKJ4fQ/s400/DSCN0520.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398864777355048082" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Takiż właśnie widok katedry w Santiago o zamglonych konturach ukazał mi się, gdy dotarłem na plac przed katedrą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyfNDcq5sI/AAAAAAAAFeY/PQdRHrnKqYo/s1600-h/DSCN0521.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyfNDcq5sI/AAAAAAAAFeY/PQdRHrnKqYo/s320/DSCN0521.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398865099923056322" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pod biurem pielgrzyma stawiłem się równo w godzinę otwarcia, czyli 9:00. Czekało już kilkadziesiąt osób, dzięki czemu stojąc w kolejce zdążyłem zjeść śniadanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wreszcie przyszła kolej na mnie. I tu zostałem poddany próbie nerwów. Pani obsługująca jedno ze stanowisk nie chciała mi uwierzyć, że pokonywałem codziennie tak duże odcinki trasy. Stwierdziła, że poprzedniego dnia po prostu pojechałem autobusem, tym bardziej, że z Palas de Rei nie miałem żadnej pieczątki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakoś udało mi się wyjaśnić, że nie zawsze spałem w albergue, oraz że pokonywanie 50 km dziennie jest dla mnie osiągalne. Wydała mi Compostelę, ale wciąż nie była do końca przekonana. To trochę rozbiło mnie psychicznie – poczułem się jak jakiś przestępca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy jadłem drugą połowę śniadania, mgła wyparowała i zapanowała typowa hiszpańska pogoda, zaś ulice Santiago zapełniły się ludźmi. Szukałem schronienia w katedrze, ale tu, wbrew oczekiwaniom, atmosfera wcale nie sprzyjała wyciszeniu i modlitwie. Co chwila na tle Chorału Gregoriańskiego rozlegał się głos przypominający o zachowaniu ciszy. Tłumy turystów milkły wtedy na jakieś 10 sekund, po czym powracał gwar targowiska.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyfzGjzfHI/AAAAAAAAFeg/-S-zjdfhGI0/s1600-h/DSCN0540.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyfzGjzfHI/AAAAAAAAFeg/-S-zjdfhGI0/s400/DSCN0540.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398865753593314418" /&gt;&lt;/a&gt;Wejście do katedry 45 minut przed Mszą było dobrym pomysłem – udało mi się zająć miejsce naprzeciw głównego ołtarza. Na początku Mszy podczas wyczytywania przybyłych tego dnia pielgrzymów z satysfakcją udało mi się wyłowić słowa „Jeden pielgrzym z Polski, miejsce staru: Logrono”. Mszę Świętą celebrował niemiecki biskup przybyły do Santiago z grupą młodzieży, dzięki czemu rozmiałem odrobinę z kazania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przeciskając się przez tłum turystów wyszedłem z katedry i stanąłem na środku placu...&lt;br /&gt;I co teraz?&lt;br /&gt;Z jednej strony czułem wielką radość z ukończenia Camino. Zarazem jednak otwarła się przede mną straszliwa pustka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyhnSxe9UI/AAAAAAAAFeo/ixPkwB-swBM/s1600-h/DSCN0528.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyhnSxe9UI/AAAAAAAAFeo/ixPkwB-swBM/s400/DSCN0528.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398867749736740162" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cel, do którego dążyłem przez dwa i pół tygodnia, pokonując 600 km, został wreszcie osiągnięty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czując przytłaczające zagubienie, wydostałem się z zatłoczonego placu. Przypadkiem trafiłem do parku, gdzie, o dziwo, nie było żywej duszy. Spędziłem tam chwilę, robiąc tosty na słońcu i planując dalszą wędrówkę – postanowiłem już następnego dnia wyruszyć nad ocean, tam gdzie szlak pielgrzymkowy urywa się wraz z lądem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed powrotem do Monte do Gozo zahaczyłem jeszcze o jeden park, szukając jak najlepszego widoku na katedrę. Tuż obok na ławce dosiadła się jakaś hiszpańska rodzina. Poczęstowałem dzieci żelkami. W zamian ich mama podarowała mi kawałek czegoś, co przypominało skrzyżowanie pizzy z kanapką. Okazało się, że to słynny miejscowy przysmak – placek z plasterkami ośmiornicy. Muszę przyznać, że był nawet smaczny, choć bez jakichś rewelacji (jak dla mnie, za mało ostry).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nazajutrz po raz trzeci pokonałem odcinek pomiędzy Monte do Gozo i Santiago, po czym ruszyłem dalej, mając w planach dotrzeć najpierw do Fisterry, a następnie do Muxii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Idąc poczułem, jak odżywa klimat Camino. Na trasie, która wbrew moim obawom była świetnie oznakowana, napotkałem bardzo niewielu pielgrzymów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nocowałem w mieście Negreira, na szkolnej sali gimnastycznej, jakoże jedyne albergue było już „completo”. Warunki wcale nie były złe, jak na darmowy nocleg.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ogólne wrażenie, jakie wyniosłem z tego miejsca: Negreira to miasto barów i supermarketów. Wygląda to tak, jakby w jednym miejscu zgromadzono ogromną liczbę dużych sklepów, tak aby ludność z okolicznych wiosek mogła tu przyjeżdżać i robić zakupy. Nawet ja wydałem tu trochę kasy, skuszony niskimi cenami, choć miałem jeszcze odpowiedni zapas prowiantu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyjU2YiTsI/AAAAAAAAFe4/WXQE8XUjygk/s1600-h/DSCN0552.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyjU2YiTsI/AAAAAAAAFe4/WXQE8XUjygk/s400/DSCN0552.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398869631901519554" /&gt;&lt;/a&gt;Następnego dnia opuściłem salę gimnastyczną jako ostatni – co było dobrym posunięciem, gdyż od samego rana było zimno i padał deszcz, a rozpogodziło się po południu, kiedy większość przemokniętych pielgrzymów postanowiła się przedwcześnie zatrzymać.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;&lt;br /&gt;Odcinek Negreira - Olveiroa, jedno z ostatnich zdjęć, jakie udało mi się zrobić&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po drodze spotkałem Austriaka, który rozpoczął Camino ze swojego domu w Insbrucku. Wystartował 5 maja, a więc maszerował już od ponad trzech miesięcy. Jakby tego było mało, ostatniego dnia przed Santiago pokonał 64 km. A zatem nie jestem wcale największym hardkorowcem na tej trasie ;-&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Albergue w Oveiroi, do którego dotarłem, było zorganizowane w nietypowy sposób – obejmowało kilka sąsiadujących ze sobą kamiennych chatek, przy czym kuchnia, pralnia i łazienki były rozmieszczone w różnych miejscach. Wspominam to miejsce dość sympatycznie, wyjąwszy ten okropny wiejski smród. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Należy również zwrócić uwagę na niektóre żyjątka. Obudziwszy się rano zobaczyłem pajączka wielkości ludzkiej dłoni, przyczepionego do ściany tuż nad moją głową. Natomiast szykując się do śniadania odkryłem, że jakieś zwierzątko (mam nadzieję, że nie ten pajączek) nadgryzło jeden z moich rogalików schowanych w plecaku (przegryzając się wcześniej przez foliowe opakowanie).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tuż za Olveiroą moim oczom ukazały się zapierające dech w piersiach widoki. Potężne wiatraki, górujące ze szczytów wzniesień ponad rozpraszającą się poranną mgłą, robiły naprawdę spore wrażenie. W górzystym terenie, przez który prowadził szlak, miałem również okazję zaobserwować widmo Brockenu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W miarę, jak ubywało kilometrów do Fisterry, widoki stawały się coraz piękniejsze. Od pewnego momentu droga wiodła bezleśnymi grzbietami, dzięki czemu nic nie ograniczało ogromu przestrzeni, jaką ogarniał wzrok.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suyjvc2djzI/AAAAAAAAFfA/cN8S_353eVo/s1600-h/DSCN0553.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suyjvc2djzI/AAAAAAAAFfA/cN8S_353eVo/s400/DSCN0553.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398870088904183602" /&gt;&lt;/a&gt;W momencie, gdy poraz pierwszy ocean wyłonił się w całej swojej okazałości, zrobiłem zdjęcie – i było to ostatnie zdjęcie, jakie wykonałem swoim aparatem. Wszystkie trzy akumulatorki były rozładowane, a ładowarka została w domu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W efekcie najpiękniejszy z widoków, jakie przytrafiły mi się na Camino – widok na przylądek Finisterry – pozostanie w mojej głowie wyłącznie jako wspomnienie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szedłem, aż ląd się skończył, a dalej był już tylko ocean. Słupek oznaczony „0,00 km” został za plecami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zszedłem bardzo nisko, tam gdzie reszta ludzi nie odważyła się schodzić. Warto było poczuć bezpośrednią bliskość potężnych prądów morskich, omiatających ten wystający skrawek lądu. Mógłbym bez końca wpatrywać się w potężne, spienione fale, rozbijające się o skały.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuymyKRTP3I/AAAAAAAAFfY/gztmrwfSANE/s1600-h/IMG_0002.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 300px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuymyKRTP3I/AAAAAAAAFfY/gztmrwfSANE/s400/IMG_0002.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398873433990971250" /&gt;&lt;/a&gt;W końcu nie wytrzymałem – musiałem mieć stąd jakieś zdjęcie. Udało mi się przekonać pewnego hiszpańskiego turystę, że zrobię zdjęcie przy użyciu jego aparatu, umieściwszy w nim moją kartę pamięci. Dzięki temu mam teraz te dwie fotki :-)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuymhnhWQ2I/AAAAAAAAFfQ/uaNaWXviKIA/s1600-h/IMG_0001.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuymhnhWQ2I/AAAAAAAAFfQ/uaNaWXviKIA/s400/IMG_0001.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398873149785129826" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Finisterra - tam, gdzie kończy się ziemia.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przybyłem do Fisterry dość późno, nie liczyłem więc na miejsce w albergue. Odnalazłem szlak wiodący do Muxii i przeszedłem nim parę kilometrów, a gdy zapadła noc, położyłem się jak zwykle na jakimś polu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Droga do Muxii była oznakowana dość kiepsko, w efekcie wielokrotnie zbaczałem ze szlaku. Na szczęście jakimś cudem zawsze udawało mi się go ponownie odnaleźć. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spotkałem bardzo niewielu wędrowców. Jeden z nich przekazał mi cenną informację: aby przenocować w Muxii, konieczna jest pieczątka z miejscowości Lires, świadcząca o tym, że odcinek został pokonany pieszo. Szukając Lires, zabłądziliśmy w jakimś lesie, po czym zupełnie przypadkiem udało nam się trafić do celu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za Lires czekała nie lada atrakcja – przejście przez strumień wiodące po kamiennych blokach, z których prawie wszystkie były poniżej poziomu wody. Dla osoby w sandałach, jak ja, było to orzeźwiające urozmaicenie. Gorzej mieli ci w treckingach ;-D&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do Muxii dotałem dość wcześnie. Zakochałem się w tym miejscu już od momentu, w którym ujrzałem pierwsze domy. Miasteczko dzięki swojemu usytuowaniu stanowi jakby miniaturkę Fisterry, ale według mnie jest znacznie bardziej urokliwe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Również albergue wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Za 3 euro pielgrzym ma możliwość przenocować w nowoczesnym, świetnie wyposażonym i niezwykle przestronnym budynku. Można powiedzieć: zupełnie inny standard.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wybrawszy się na obchód, odnalazłem wspaniałe sanktuarium, wybudowane na skałach w bezpośrednim sąsiedztwie szalejącego żywiołu. Widok spienionych fal rozbijających się o skały przypominał tysiące hektolitrów mleka rozlewającego się po kamieniach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym razem poprosiłem hiszpańskiego turystę (zawsze jest jakiś pod ręką ;-), aby zrobił mi zdjęcie na tle fal, po czym podałem mu mój e-mail. Niestety, do tej pory nie doczekałem się żadnej wiadomości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W to samo miejsce kilka dni później udał się Piotrek razem z dziewczynami. Oto zrobione przez niego zdjęcia:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyqVq20mJI/AAAAAAAAFf4/xWctdE6FBlw/s1600-h/2009_08_29_1789.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 267px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyqVq20mJI/AAAAAAAAFf4/xWctdE6FBlw/s400/2009_08_29_1789.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398877342568585362" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Muxia, widok na miasto, autor: Piotr Batog&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyqKOAEhVI/AAAAAAAAFfw/jqvzxd4hq68/s1600-h/2009_08_29_1782.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 267px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyqKOAEhVI/AAAAAAAAFfw/jqvzxd4hq68/s400/2009_08_29_1782.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398877145844188498" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Sanktuarium Nosa Señora da Barca, autor: Piotr Batog&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyqEBFw0KI/AAAAAAAAFfo/KI1mnrDacEg/s1600-h/2009_08_29_1736.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 267px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuyqEBFw0KI/AAAAAAAAFfo/KI1mnrDacEg/s400/2009_08_29_1736.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398877039299186850" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Latarnia morska na samym czubku przylądka, autor: Piotr Batog&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suyp8h7aVRI/AAAAAAAAFfg/Ks9jEOhcUKY/s1600-h/2009_08_29_1778.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 267px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suyp8h7aVRI/AAAAAAAAFfg/Ks9jEOhcUKY/s400/2009_08_29_1778.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398876910675186962" /&gt;&lt;/a&gt;Po dłuższym czasie udało mi się oderwać wzrok od oceanu. Wybrałem się na oddaloną o półtora km plażę, którą upatrzyłem sobie po drodze z Fisterry. Wszedłem do wody pomimo ogromnych fal (Hiszpanie, którzy wypoczywali na tej samej plaży, nie odważyli się pójść w moje ślady).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Susząc się na kamieniu, osiągnąłem nareszcie stan najwyższej błogości. Z całą siłą dotarła do mnie świadomość, że osiągnąłem swój ostateczny cel –  dotarłem wreszcie na koniec świata, i po tych wszystkich trudach nadszedł upragniony czas odpoczynku - opalałem się na hiszpańskiej plaży niczym jakiś szalenie bogaty snob. Dla tych 30 minut wylegiwania się przy szumie oceanu warto było przez 22 dni toczyć zmagania z kilometrami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po plażowaniu udałem się do centrum informacyjnego, gdzie uzyskałem coś w rodzaju Composteli – dokument potwierdzający ukończenie przeze mnie drogi św. Jakuba i dotarcie do Muxii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnego dnia wyruszyłem w drogę dopiero o 13:00, po niedzielnej Mszy Świętej, która odbyła się w tym przepięknym sanktuarium nad oceanem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odcinek pomiędzy Muxią a Olveiroą był chyba najgorzej oznakowany na całym Camino. Błądziłem prawie bez przerwy, i dopiero około 21:30 dotarłem do rozwidlenia szlaków. Godzinę później, pogrążony w totalnych ciemnościach, położyłem się spać na wzgórzu, tuż pod jednym z potężnych wiatraków, które podziwiałem dwa dni wcześniej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Owo specyficzne miejsce, które sobie wybrałem, miało zasadniczą zaletę – na tej wysokości gromadziły się masy ciepłego powietrza, zapewniając ochronę przed nocnym chłodem. Powietrze było również suche oraz pozbawione złośliwych owadów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety, najbliższy z wiatraków był ustawiony do mnie profilem – i chyba dlatego wywoływane przezeń powietrzne wiry wytwarzały odgłos, jakby tuż nad moją głową przelatywało sto odrzutowców. Ten potężny dźwięk kilkakrotnie wyrywał mnie ze snu. Dopiero w środku nocy wiatrak zmienił ustawienie i dźwięki ucichły.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O 6:00 padający deszcz zmusił mnie do szybkiego wyruszenia w trasę. Wychodzący z Olveiroi pielgrzymi, których mijałem idących z naprzeciwka, zachodzili w głowę, skąd się tu wziąłem o tej porze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzień ten zapamiętam jako jeden z najbardziej ponurych w moim życiu. Pomimo tego, że wracałem tą samą drogą, zgubiłem się. Padający deszcz nasilał się z każdą minutą, było przeraźliwie zimno, a gęsta mgła ograniczyła widoczność do kilkunastu metrów. Przez ponad godzinę błąkałem się po polnych drogach, pozbawiony jakichkolwiek punktów odniesienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żadnego domu, żadnej szosy, nawet żadnego drzewa. Ogarnęła mnie prawdziwa rozpacz. Każdy krok, który wykonywałem, zdawał się pozbawiony sensu, i jedynie perspektywa zatrzymania się na środku pola i moknięcia przy zacinającym deszczu sprawiała, że szedłem dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wreszcie trafiłem do jakiejś wioski, gdzie spędziłem dwie godziny na ławeczce osłoniętej blaszaną budką, walcząc z poczuciem totalnej beznadzieji. Dwie rzeczy dodały mi sił – modlitwa i kanapka z sardynką.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wycieńczony fizycznie i psychicznie, dotarłem do Negreiry dopiero około 19:00. Wiedząc, że nie ma sensu pytać o nocleg w albergue, udałem się wprost do sali gimnastycznej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poranek był tak zimny, że mając na nogach jedynie sandały przestawałem czuć palce u stóp. Na szczęście wkrótce zrobiło się pięknie i ciepło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do Santiago dotarłem około 14:00 i od razu zupełnie przypadkiem spotkałem Piotrka, który zwiedzał miasto, dotarłszy tu nieco wcześniej niż dziewczyny. O 16:00 spotkaliśmy się wszyscy razem na placu przed katedrą. Tym sposobem po 2 tygodniach ekipa połączyła się na nowo. Brakowało tylko Kasi, która poprzedniego dnia odleciała do Polski.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po wizycie w katedrze grupa udała się do biura pielgrzyma po Compostele, po czym wróciliśmy do Monte do Gozo. Postanowiłem nie jechać autobusem – ruszyłem z buta razem z plecakiem, taszcząc dodatkowo dość spore zakupy. Był to mój ostatni odcinek Camino, pokonany pieszo z pełnym bagażem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suyt1keY4II/AAAAAAAAFgA/NsLajYgJpBw/s1600-h/2009_08_26_1613.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 267px; height: 400px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suyt1keY4II/AAAAAAAAFgA/NsLajYgJpBw/s400/2009_08_26_1613.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398881189146189954" /&gt;&lt;/a&gt;Etap „pielgrzymkowy” dobiegł końca. Po wspaniałym, przygotowanym przez Piotrka śniadaniu złożonym z ogromnej jajecznicy poszliśmy na Mszę Świętą do katedry, a następnie rozpoczęła się „pielgrzymka” po sklepach z pamiątkami. Kupując koszulkę za 11 euro i parę innych drobiazgów wydałem 10 % całej kasy, jaką przeznaczyłem na Camino. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po obiedzie zjedliśmy razem ekskluzywne lody, ufundowane przez proboszcza parafii, do której należy Piotrek i Ola. Był to chyba najdroższy deser jaki w życiu jadłem (w przeliczeniu ceny na jednostkę masy).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Autor: Piotr Batog&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnego dnia miałem wyruszyć w drogę – autostopem do Paryża. Przesunąłem jednak plany o jeden dzień, gdyż na Mszy dla pielgrzymów miało się pojawić słynne kadzidło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuywARauqwI/AAAAAAAAFgI/eVF-XnMy4oI/s1600-h/2009_08_30_1807.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 267px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuywARauqwI/AAAAAAAAFgI/eVF-XnMy4oI/s400/2009_08_30_1807.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398883572032383746" /&gt;&lt;/a&gt;I pojawiło się. Każdy, kto widział je na własne oczy, wie jak ogromne robi wrażenie. Nie było chyba osoby, która by nie wstrzymała oddechu na ten widok.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuywpzC4xMI/AAAAAAAAFgQ/dnZ2R7TYrE0/s1600-h/2009_08_30_1806.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 267px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuywpzC4xMI/AAAAAAAAFgQ/dnZ2R7TYrE0/s400/2009_08_30_1806.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398884285433824450" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Autor obu zdjęć: Piotr Batog&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po powrocie do Monte do Gozo rozpocząłem przygotowania do mojej szalonej podróży. Mapę Hiszpanii wraz z oznaczeniami autostrad przerysowałem sobie z GoogleMaps. Totalna prowizorka - aż chciało mi się śmiać, gdy uświadomiłem sobie, na co się porywam – zamierzałem w ciągu 3 dni przemierzyć pół Europy, nie wydając ani centa. Ograniczenie czasowe było dość istotne – za trzy dni zaczynałem studia na uczelni pod Paryżem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W rozpoczęciu wędrówki pomógł mi ksiądz Roman, podwożąc mnie około 10 km do miejsca, w którym bez problemu złapałem stopa aż do samego Leonu. Jadąc wraz z hiszpańskim dostawcą w kierunku przeciwnym do Camino czułem się, jakbym oglądał film przewijany do tyłu. Patrząc na znajomne miejsca, mijane teraz z olbrzymią prędkością, mogłem wracać myślami do poszczególnych etapów mojej wędrówki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Leon okazał się autostopową pułapką. Wysiadłem w miejscu, przez które przewijało się mnóstwo aut, jednak dopiero po przejściu kilku kilometrów znalazłem miejsce, gdzie mogłem liczyć na zatrzymanie się jakiegoś samochodu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakaś para zaproponowała mi podwózkę do Mansilla de las Mulas, skąd ich zdaniem miałem najlepszą możliwość, aby łapać stopa do Burgos. Wysadzili mnie na stacji benzynowej, która jak się okazało, była na jakimś ślepym końcu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poraz kolejny musiałem przejść kilka kilometrów, aż znalazłem miejsce tak idealne, że aż byłem z niego dumny. I rzeczywiście, nie czekałem dłużej niż kwadrans, aż zabrał mnie samochód dostawczy Carrefoura.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy dotarłem do Burgos, dzień miał się już ku końcowi. Moją jedyną nadzieją była pani Ania, która ugościła nas na początku pielgrzymki. Niestety, nie zastałem jej w mieszkaniu. Poszedłem więc do katedry, by podziękować Bogu za udany dzień i bezpieczną podróż, a przy okazji jeszcze raz zachwycić się pięknem tego architektonicznego arcydzieła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na koncie mojego telefonu zostało kilka złotych. Postanowiłem zaryzykować i zadzwoniłem do pani Anii. Z ulgą usłyszałem w słuchawce jej głos. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyjęła mnie równie gościnnie, co poprzednio, a następnego dnia pomogła mi wydostać się z Burgos, podwożąc poza miasto. Gdyby nie to, nie miałbym żadnych szans na dalszą podróż – nie jestem w stanie wyobrazić sobie pieszej wędrówki poprzez plątaninę autostrad na wyjeździe z miasta. Poraz kolejny pani Ania okazała się darem niebios.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z miejsca, w którym się pożegnaliśmy, dosyć szybko udało mi się złapać stopa do San Sebastian – miasta położonego tuż przed francuską granicą. I tutaj utknąłem na dobre. Przez prawie 5 godzin przedzierałem się przez niekończące się tereny miejskie, próbując złapać stopa do Bordeaux.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dopiero po przejściu jakichś 10 km wydostałem się z labiryntu dróg i odnalazłem wylotówkę, którą większość samochodów rzeczywiście zmierzała do Francji. Mimo to czekałem prawie godzinę, zanim zlitował się nade mną pierwszy kierowca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nauczony tym doświadczeniem, poprosiłem podwożących mnie Francuzów, aby wysadzili mnie na ostatniej stacji benzynowej przed Bordeaux. Gdybym wysiadł w środku miasta, wydostanie się z niego zajęłoby mi chyba kilka dni – na mapie Francji, której byłem szczęśliwym posiadaczem, Bordeaux zdawało się kilkanaście razy większe niż San Sebastian.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miejsce, w którym wysiadłem, było jednym wielkim postojem zarówno dla pojazdów osobowych, jak i dla tirów. Zacząłem szukać polskich tablic rejestracyjnych. Niemal natychmiast spotkałem grupę polskich kierowców. Dowiedziałem się od nich, że nie mam szans na transport do Paryża - następnego dnia była niedziela, a więc od 22:00 wszystkie ciężarówki obowiązywał zakaz poruszania się po autostradzie. Mogłem ewentualnie próbować złapać jakąś chłodnię – chłodnia nic sobie nie robi z zakazów, bo towar musi dowieźć na czas. Postanowiłem jednak zatrzymać się na noc i dopiero rano kontynuować podróż.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zamiast szukać sobie jakichś krzaków do spania dałem się wciągnąć w rozmaite opowieści i dyskusje z kierowcami. Staliśmy tak razem, rozmawiając i popijając żubrówkę z colą, aż zrobiła się północ. Dopiero kiedy zdjąłem plecak, zdałem sobie sprawę, jak słabą mam głowę do wódki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Widząc, w jakim jestem stanie, jeden z kierowców – Paweł – zaproponował mi nocleg w kabinie swojego tira. Tym sposobem kolejną noc spędziłem w luksusowych warunkach. Niesamowite, jakich wspaniałych ludzi można spotkać na swojej drodze, jeśli tylko zaufa się Bożej Opatrzności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wstałem dopiero o 10:00. Długi sen i kawa, którą poczęstował mnie Paweł, pozwoliły mi od razu zacząć działać. Nie miałem czasu do stracenia – chciałem zdążyć na Mszę w polskim kościele w Paryżu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Francuscy kierowcy wyjeżdżający z postoju okazali się wyjątkowo obojętni. Czekałem godzinę, aż w końcu zabrał mnie pewien Marokańczyk. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miałem dużo szczęścia – trafiłem na szalonego kierowcę :-D Osiągaliśmy takie prędkości, że musiałem zamykać oczy, ale dzięki temu już późnym popołudniem przeciskaliśmy się przez korek na wjeździe do Paryża.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mój arabski przyjaciel nie mógł mnie zawieźć do samego Paryża, gdyż zmierzał do Wersalu. Gdy tam dotarliśmy, poszedł ze mną na stację, kupił dla mnie bilet i zaprowadził na peron, wskazując z której strony zatrzyma się pociąg do Paryża. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak oto zawdzięczam mu ocalenie – człowiekowi, którego pewnie omijałbym szerokim łukiem, gdybym go zobaczył na ulicy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wysiadłem na dworcu Montparnasse, gdzie natychmiast wziąłem taksówkę, nie licząc się z kosztami, aby tylko zdążyć do kościoła Wniebowzięcia NMP na Mszę o 19:30. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Udało się – dotarłem do celu punktualnie, z dokładnością co do minuty. Autostop okazał się bardziej punktualny niż linie lotnicze :-D&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wspaniale było znów uczesniczyć we Mszy Świętej odprawianej w języku polskim. Po jej zakończeniu, jakoże nie miałem jeszcze w Paryżu żadnego zakwaterowania, spotkałem się w zakrystii z księdzem, prosząc o nocleg. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W ten sposób moją pierwszą noc w Paryżu spędziłem w polskiej parafii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od tego momentu mijają właśnie 2 miesiące, jednak wciąż trudno mi uwierzyć w niektóre z opisanych tu wydarzeń. Trzy elementy sprawiają, że gdy powracam myślami do tych przygód, czuję, jak moje serce szybciej bije. Po pierwsze - wiele z nich było tak nieprawdopodobnych, że wykraczały poza moje wszelkie oczekiwania. Zarazem jednak gdyby sprawy potoczyły się inaczej - byłoby ze mną bardzo kiepsko. Trzecia rzecz - i najważniejsza - nic by się nie udało, gdyby nie wyłamująca się poza wszelkie normy życzliwość spotkanych na drodze ludzi. To ich bezinteresowna pomoc wielokrotnie wybawiła mnie od nie lada kłopotów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szczególnie czuję się zobowiązany podziękować:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;pani Ani z Burgos,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;moim jednodniowym towarzyszkom wędrówki: Ani oraz Zosi,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;księdzu Romanowi z Monte do Gozo,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pawłowi, kierowcy tira,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;oraz wszystkim kierowcom, którzy nie bali się mnie zabrać ze sobą, a szczególnie koledze z Maroka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziękuję również Piotrkowi, który całą pielgrzymkę zorganizował. Gdyby nie to, że rok wcześniej, w sierpniu 2008, wędrując przez Góry Bardzkie spotkałem go przypadkiem w Bardzie Śląskim, nigdy nie dowiedziałbym się o czymś takim jak Camino, i z całą pewnością zupełnie inaczej spędziłbym te wakacje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wypada mi również podziękować pozostałym uczestnikom wyprawy: Agnieszce, Ali, Asi, Justynie, Kasi oraz Oli. Prawda jest taka, że gdyby nie ich specyficzne poczucie humoru, którego nie byłem w stanie wytrzymać, pewnie nie odłączyłbym się od grupy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A dzięki temu, że od 9 dnia wędrowałem samotnie, miałem możliwość poczuć Camino z całą mocą - dotarłem do granic swoich możliwości, zagłębiając się jednocześnie w prawdziwie duchowe przeżywanie tego czasu. Jakoże są to moje prywatne doświadczenia, nie opiszę ich w tej relacji. Niech jednak czytający to wiedzą, że moja pielgrzymka nie była wyłącznie wycieczką krajoznawczą albo rajdem ekstremalnym. I czuję w związku z tym ogromną satysfakcję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na koniec muszę przyznać rację stwierdzeniu, że:&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;&lt;br /&gt;Kto raz wybrał się na Camino, ten będzie musiał tam kiedyś powrócić.&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suy9n-oez_I/AAAAAAAAFgY/evlrpI97lIs/s1600-h/DSCN0211.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/Suy9n-oez_I/AAAAAAAAFgY/evlrpI97lIs/s400/DSCN0211.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5398898547835719666" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odkąd pielgrzymka dobiegła końca, myślę wciąż o tym, by w czasie wakacji znaleźć przynajmniej dwa tygodnie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;aby powrócić na te bezkresne przestrzenie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6113975959707210351-1091946782908797380?l=radoslavkolkowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://radoslavkolkowski.blogspot.com/feeds/1091946782908797380/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6113975959707210351&amp;postID=1091946782908797380' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6113975959707210351/posts/default/1091946782908797380'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6113975959707210351/posts/default/1091946782908797380'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://radoslavkolkowski.blogspot.com/2009/10/camino-de-santiago.html' title='Camino de Santiago'/><author><name>Radek_K</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12883558453356922495</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SuxgSS77FvI/AAAAAAAAFWU/fA6R5EV6pw0/s72-c/DSCN0304.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6113975959707210351.post-2460051851270954483</id><published>2008-11-06T14:37:00.000-08:00</published><updated>2010-10-19T07:48:00.800-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='harpagan'/><title type='text'>Harpagan-36</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SRN-SFWuVwI/AAAAAAAAARA/OxPiQTDws94/s1600-h/DSCN4572.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SRN-SFWuVwI/AAAAAAAAARA/OxPiQTDws94/s400/DSCN4572.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5265691238466475778" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Witam&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na wstępie zaznaczę, że aż do tego momentu nie zdarzyło mi się spisywać wspomnień z jakiejkolwiek wyprawy (a brałem już udział w wielu). Dla Harpagana postanowiłem zrobić wyjątek, po pierwsze dlatego, że jest to najbardziej ekstremalna impreza, w której jak dotąd uczestniczyłem, a po drugie – chciałbym stworzyć pewne wyobrażenie o tego typu rajdach osobom, które nie miały jeszcze z nimi kontaktu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Osobiście traktuję Harpagana, jak również Setkę z Hakiem, jako szczególne wyzwanie. Uczestnik staje do walki z najpotężniejszymi wrogami rodzaju ludzkiego: z czasem i przestrzenią. Bo jak inaczej określić próbę pokonania dystansu 100 kilometrów w czasie 24 godzin, polegając wyłącznie na własnych nogach?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest to walka, która niezależnie od swojego wyniku daje ogromną satysfakcję. Z drugiej strony tytaniczny wysiłek połączony z koniecznością znoszenia niewyobrażalnego bólu, trwającego nierzadko wiele godzin, odciska głębokie piętno u samych fundamentów psychiki. Po każdym takim rajdzie niewielka cząstka osobowości umiera bezpowrotnie i człowiek już nigdy nie jest taki sam jak wcześniej. Efekt ten odczułem szczególnie mocno po Harpaganie, w którym brałem udział wczoraj – stanowiąc przez większość trasy jednoosobową ekipę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cała przygoda rozpoczęła się oczywiście od dojazdu na punkt startowy. Już samo to jest nieco uciążliwe, szczególnie, gdy mieszka się we Wrocławiu, a rajd odbywa się w okolicach Gdańska – trzeba tłuc się przez pół kraju i zmarnować na to cały dzień. Musiałem urwać się z zajęć na Uniwerku, pozwalając kartkówce z teorii zbiorów, żeby napisała się sama.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poprzedniego dnia – standardowe czynności: zakup prowiantu (góra słodyczy za blisko 60zł), pakowanie tobołka, drukowanie instrukcji do czekających mnie w poniedziałek ćwiczeń laboratoryjnych oraz kilkugodzinna dyskusja przez gg z przyjacielem Krzysiem K, który do ostatniej chwili rozważał swój udział. Takich decyzji nie można jednak podejmować na dobę przed startem, szczególnie, gdy ma się w tym samym czasie wiele ważnych spraw do załatwienia – i to spraw, od których zależy przyszłość. W tej sytuacji nie mogłem Krzysia do niczego namawiać.&lt;br /&gt;Z Wrocławia wyjechałem około pół do dziewiątej rano. Gdy w Lęborku przesiadałem się na autobus do Sierakowic, było już ciemno.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Klimatyczny przejazd ciemnym autobusem, następnie wysiadka – i pierwszy trening orientacji w terenie – odnalezienie gimnazjum, w którym urządzono punkt startowy. A tam – swojski widok: kilkuset uczestników z plecakami, rozłożeni na karimatach na całej powierzchni sali gimnastycznej, w znacznej części profesjonaliści w specjalnych kombinezonach do biegania, ze specjalnym sprzętem. I ja wśród nich, jak ostatni amator.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozłożyłem tobołki w celu przepakowania: mały plecaczek w drogę, duży ze śpiworem i karimatą – do przechowalni, następnie wypełniłem kartonik do perforacji. Padło ogłoszenie, że mapy jadą dopiero z drukarni i start został przesunięty o pół godziny. Postanowiłem się chwilę zrelaksować. W międzyczasie usłyszałem, że na zewnątrz leje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy wysypywaliśmy się całą chmarą na boisko, deszcz znikł, jakby kto kurek zakręcił. Rozdano mapy i rozpoczęło się głośne odliczanie do 21:30.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A potem był już tylko owczy pęd. Ruszyłem wraz z pierwszą falą świetlistego pochodu, nie zastanawiając się nawet, w którym kierunku należy iść. Nie wiadomo czemu, zaczęliśmy wszyscy biec, jakbyśmy się ścigali do mety oddalonej o 100 metrów – niepojęta jest psychologia tłumu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SRN-dzDBSNI/AAAAAAAAARI/eX23V3lv2Qs/s1600-h/DSCN4586.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SRN-dzDBSNI/AAAAAAAAARI/eX23V3lv2Qs/s320/DSCN4586.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5265691439710423250" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Podobno widok naszej procesji wywarł spore wrażenie na mieszkańcach Sierakowic. Jakiś zachwycony przechodzień wykrzykiwał: „Nikt wam nie podskoczy!”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po kilkunastu minutach asfaltu i chodnika odbiłem wraz z grupką uczestników w prawo, na nieutwardzoną drogę pokrytą opadłymi liśćmi i wysoką trawą – oczywiście, mokrą po deszczu, który dopiero co ustał. Wkroczyliśmy w las.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wbrew temu, czego się spodziewałem, daleko mi było do osamotnienia. Praktycznie z każdym harpaganowcem można było pogadać jak z kumplem. Ponieważ w kwestii orientacji w terenie czułem się zupełnie nie w formie, postanowiłem na stałe przyłączyć się do jakiejś grupki, która sprawiałaby wrażenie zaprawionej w tym względzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak też zrobiłem, nieświadomie zsyłając na siebie męki, o których jeszcze długo nie zapomnę. Przyłączyłem się bowiem do czwórki sprinterów, startujących w trasie mieszanej. Ponieważ mieli przed sobą tylko 50 km piechotą (później 100km rowerem), nie oszczędzali się ani trochę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na początku naszej wspólnej wędrówki jeden z biegaczy, zaprawiony w boju starszy pan powiedział mi na powitanie „do zobaczenia!”. Ponieważ byłem w pełni sił, zaśmiałem się tylko i pobiegłem naprzód, wyprzedziłem ich i przez jakiś czas „prowadziłem”, zatrzymując się jedynie na rozwidleniach, aby usłyszeć werdykt odnośnie kierunku, który należy obrać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Strategia, którą przyjąłem, sprawdzała się znakomicie. Biegacze, dysponując kolorowymi mapami i wyostrzonym zmysłem orientacji w terenie, trafiali bezbłędnie w każdy punkt, nie tracąc ani sekundy na szukanie drogi (jedynie przed czwartym punktem trochę pobłądziliśmy, ale strata tym spowodowana nie przekroczyła kilkunastu minut).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaliczaliśmy punkt za punktem z szybkością przyprawiającą o zawrót głowy – i ta szybkość okazała się dla mnie zgubą. Już po kilku kilometrach siły zaczynały mnie opuszczać. Dał o sobie znać brak kondycji, wynikający z tego, że od około miesiąca spędzałem czas niemal wyłącznie w pozycji siedzącej, czy to przy laptopie, czy na wykładach. Całkowity brak aktywności fizycznej i nagle ni stąd ni zowąd – wielogodzinny bieg.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SRN-5jtYIDI/AAAAAAAAARQ/lhLfX3FmGXE/s1600-h/DSCN4599.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SRN-5jtYIDI/AAAAAAAAARQ/lhLfX3FmGXE/s320/DSCN4599.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5265691916629450802" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Biegacze na szczęście też są tylko ludźmi, dlatego trucht nie trwał bez przerwy. Mniej więcej połowę tego czasu maszerowaliśmy. I kiedy maszerowaliśmy, było dobrze. Gdy jednak zaczynał się bieg, miałem okazję na własnej skórze przekonać się, jak to jest, gdy wypluwa się płuca, próbując za kimś nadążyć. A ja nie miałem wyjścia – doprowadziłem się do sytuacji, w której nie wiedziałem, gdzie jestem, z tego powodu nie mogłem pozwolić, aby moi towarzysze zniknęli mi z oczu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na początku zaczęły łapać mnie kolki, te z czasem przerodziły się w stan, który doznaniami przypominał ciężki zawał serca. Jeszcze nigdy nie czułem tak wyraźnie tego, że mój organizm po prostu nie wyrabia. Biegacze byli w świetnej kondycji, w dodatku cały sprzęt, który mieli ze sobą, w żaden sposób nie przeszkadzał im w biegu – w przeciwieństwie do mojego wypchanego kompletnie zbędnymi rzeczami, bezlitośnie kanciastego i podskakującego plecaczka, nie posiadającego nawet paska biodrowego dla stabilizacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W krótkim czasie wypociłem z siebie wszystko, co jako tako podtrzymywało moje funkcje życiowe, a ponieważ biegacze pokonywali biegiem dość spore odcinki, wkrótce do ogólnego zmęczenia dołączyło okrutne pragnienie. Aby się napić, musiałem się zatrzymać, zdjąć plecak i wyjąć butelkę – a na to nie było czasu, bo sprinterzy natychmiast znikali w ciemnościach. Goniąc za mrocznymi sylwetkami, ułożyłem prostą modlitwę: „Nie biegnijcie, błagam, nie biegnijcie...”&lt;br /&gt;Wzniesienia, które pokonywaliśmy na swojej drodze, sprawiły, że szwankować zaczęły mięśnie. Co chwila łapały mnie skórcze, które, zaciskając zęby, próbowałem rozmasowywać w biegu.&lt;br /&gt;Długo nie dawałem za wygraną. W pewnym momencie złapałem okazję na kilkusekundowy postój i wyjąłem pepsi. Oczywiście połowa napoju wydostała się na asfalt. Mimo to te kilka łyków dodało mi sił na następne kilometry.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podsumowując ten etap rajdu: wraz z biegaczami zaliczyłem pierwsze cztery punkty kontrolne – &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;w 4 godziny i 19 minut pokonaliśmy 26 kilometrów&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I wtedy nastąpił kryzys. Gdy moi towarzysze znów rozpoczęli bieg, złapał mnie skurcz tak rozległy, że nie mogłem ruszyć się z miejsca. Jeden z nich obejrzał się za mną, pytając, czy wszystko w porządku. Odkrzyknąłem, aby biegli dalej. Po kilku sekundach zniknęli mi z oczu, a ja, sparaliżowany, usunąłem się na bok, robiąc miejsce innym uczestnikom wychodzącym z czwartego punktu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chociaż miałem rewelacyjny czas – do mety mogłem podążać spacerkiem z efektywną szybkością 4km/h – wiedziałem już, że setki na pewno nie przejdę. Najzwyczajniej w świecie opadałem z sił.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy skurcz minął, przyczepiłem się do jakiejś luźnej gromadki, upewniając się, że nie zamierzają biec. I w krótkim czasie zabłądziliśmy razem, pakując się w jakieś bagna. Zorientowałem się wówczas, że są uczestnicy, któych umiejętności orientacji w terenie nie są lepsze od moich. Postanowiłem więc odtąd polegać na sobie, jak przystało na prawdziwego harpaganowca.&lt;br /&gt;Przy tym pierwszym zabłądzeniu straciłem cały czas, który zyskałem dzięki morderczemu tempu. Niestety, od tej pory błądziłem regularnie, tracąc cenne godziny i nadkładając kilometrów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zmierzając do piątego punktu, przy którymś z kolei rozwidleniu po przecięciu asfaltu wydało mi się, że jedna z dwóch możliwych dróg wiedzie wprost we właściwym kierunku, jednak urywa się w jakimś gospodarstwie. Podzieliłem się obawami z trójką uczestników, którzy akurat przechodzili – ci jednak poszli ową ścieżką. Nie chcąc przedzierać się przez ogrodzenia i narażać się na spotkanie z psami łańcuchowymi, zdecydowałem obejść gospodarstwo i wejść do lasu, w którym znajdował się punkt, od jego wschodniego skraju.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Droga wchodząca do lasu okazała się jednak znikać po kilku metrach. Wszedłem więc w następną – z mapy wynikało, że kończy się ona wśród bagien i tak było w istocie. Liczyłem na możliwość przedarcia się i to był błąd. Pół godziny błąkałem się, przeskakując z kępki na kępkę nad mętną otchłanią, starając się jednocześnie uchylać przed gałązkami. Ostatecznie wydostałem się z lasu tą samą drogą. Dzięki Bogu, wyszedłem z tego bez szwanku, straciłem jedynie ołówek, który musiał wypaść mi z ręki, gdy w ostatniej chwili powstrzymałem się przed zrobieniem kroku w bagienną topiel.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wędrując wzdłuż lasu wschodnim skrajem dotarłem w końcu do pól – i tam skręciłem, decydując się uderzyć na punkt od północy. Wykonywałem idiotyczną spiralę, ale nie było już odwrotu. Oczywiście, wejścia do lasu broniły bajorka, i to takie, że nie sposób ich było przeskoczyć.&lt;br /&gt;Wędrowałem północnym skrajem, dziwiąc się, że za drzewami tak dobrze widoczny jest rozświetlony czerwienią żelazny maszt, znajdujący się w miejscowości Stara Huta, położonej daleko na południu, po drugiej stronie lasu. W nocy ocena odległości jest złudna, o czym przekonałem się, kiedy wędrując już później polami, których wokół mnie być nie powinno, dotarłem do jakiejś wsi i pytając napotkanych tam harpaganowców, gdzie jesteśmy, usłyszałem: „Stara Huta”. Podobnego uczucia mógłby doznać chyba jedynie człowiek poddany teleportacji.&lt;br /&gt;Uświadomiwszy sobie położenie,  ruszyłem prosto na piątkę. Dotarcie tam, licząc od czwórki, zajęło mi 3 godziny, przy efektywnym dystansie między tymi punktami równym 9km.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SRN_RI1maoI/AAAAAAAAARY/9eSNP4f9cpU/s1600-h/DSCN4601.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SRN_RI1maoI/AAAAAAAAARY/9eSNP4f9cpU/s320/DSCN4601.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5265692321733044866" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Wcześniej, gdy wędrowałem wraz z ekipą biegaczy, podczas szaleńczych przepraw zarośniętymi leśnymi przecinkami pomimo wielkiej ostrożności wielokrotnie wpadałem po kostki w błotniste kałuże (niektórzy wpadali po kolana, a jednemu nawet zdjęło buta ;-). Zmieniłem skarpety raz, później stwierdziłem, że nie ma to sensu, bo mokre pułapki wciąż pojawiały się na drodze, postanowiłem więc wytrwać w dyskomforcie do końca pętli. Zamiast tego, robiąc sobie postój na punkcie nr 5, wykorzystałem czas na skromne śniadanie z bułki i kabanosa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przy okazji zorientowałem się, że w wyniku wstrząsów spowodowanych biegiem w moim prowiancie zapanował chaos – wszystko było unurzane w skondensowanym mleku, które wydostało się z dziurawej tubki. Wyjmując jedzenie, ubabrałem sobie nim ręce, spodnie i kurtkę. Z braku innych środków plamy wytarłem przemoczonymi skarpetkami z ostatniej zmiany, co jednak nie sprawiło, że dłonie stały się mniej lepiące. Przestałem w końcu zwracać uwagę na te drobiazgi i ruszyłem dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W drodze na punkt 6 przeszedłem mostkiem ponad rzeką Łebą. Na widok tej nazwy dopadła mnie tęsknota za słoneczną plażą i zachciało mi się wydostać z tego strasznego miejsca, w którym teraz byłem – sam, w środku nocy, wykończony, obolały i brudny. Ale były to obce myśli, sprzeczne z moją naturą, o czym doskonale wiedziałem. Przy okazji oceniłem rzekę pod kątem spływu kajakowego... Byłby to z pewnością spływ pełen gałęzi ;-)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Punkt szósty znajdował się na skrzyżowaniu dwóch przecinek leśnych, których nie było. Mimo to wraz z grupą harpaganowców udało mi się go odnaleźć we w miarę rozsądnym czasie – a to wyłącznie dzięki jeziorku pośrodku lasu (Okumiewko).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy wychodziłem z punktu 6, było już widno. W tym samym czasie z Wrocławia ruszała piesza pielgrzymka do Trzebnicy, w której wziąłbym udział, gdyby nie Harpagan. Pielgrzymi mieli do przejścia mniej więcej dwie trzecie tego, co ja miałem już w tej chwili w nogach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SRN_mkx3fcI/AAAAAAAAARg/FiarlHSPIUk/s1600-h/DSCN4616.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SRN_mkx3fcI/AAAAAAAAARg/FiarlHSPIUk/s400/DSCN4616.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5265692690010832322" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Światło dnia odsłoniło cały urok jesieni, w pełni jaskrawości swych barw. Przypadkiem natrafiłem na miejsce, z którego roztaczał się wspaniały widok na dwa jeziora Kaszubskiego Parku Krajobrazowego, Potęgowskie i Kocenko, otoczone wzniesieniami porośniętymi kolorowym lasem. Zachwycała również świeżość porannego powietrza i ogólna czystość środowiska – rzadko zdarzało mi się widzieć las, którego dno na całej przestrzeni w zasięgu wzroku przykryte było dywanem mchu. Na punkcie widokowym odkryłem również zatrzęsienie dorodnych podgrzybków – oddałbym się bez reszty zbieraniu, nie dbając o czas, gdybym tylko miał je do czego schować.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zgodnie z mapą następny punkt kontrolny był niedaleko – niestety, patrząc w linii prostej przecinającej jeziora. Aby dostać się na drugą stronę, trzeba było wycelować w mostek, łączący dwa brzegi na granicy jezior. Mapa sugerowała, aby podążać w kierunku wyznaczanym przez nieistniejącą przecinkę, co powinno zagwarantować dotarcie do drogi prowadzącej we właściwym kierunku. Niestety, wymagało to zejścia w dół zbocza o nachyleniu prawie 45 stopni, co oznaczało zabójczy wysiłek w razie konieczności odwrotu. Postanowiłem nie ryzykować i iść równolegle do brzegu, nie schodząc doń. Później okazało się, że ryzyko było wyjściem optymalnym – droga na dole istniała i łączyła się z drogą, którą poszedłem – niestety, jakieś półtora kilometra dalej. Tym sposobem straciłem kolejne pół godziny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po przejściu przez mostek postanowiłem, że od tej pory już nie zabłądzę. Ustaliłem trasę, wiodącą do bazy rajdu, przez ostatni punkt pętli, trasę, która prowadziła jedyną w okolicy, wyraźną leśną drogą. Trafiłem bezbłędnie. Jedynie po wyjściu z punktu odrobinę się zamotałem – na szczęście idąca z naprzeciwka i bardzo pewna siebie kilkunastoosobowa grupa skierowała mnie na właściwy tor i razem dotarliśmy na 50. kilometr. Niektórzy, pełni entuzjazmu wynikającego z perspektywy ciepłego posiłku, przechodzili w trucht. Próbując za nimi nadążyć stwierdziłem, że mięśnie ostatecznie odmówiły posłuszeństwa. Nie byłem już w stanie biegać. Kiedy dotarłem na miejsce, było około dziesiątej – co oznaczało, że drugą ćwiartkę setki pokonałem dwa razy wolniej niż pierwszą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SROCNogGJaI/AAAAAAAAASA/Tup_QWcvDu4/s1600-h/DSCN4626.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SROCNogGJaI/AAAAAAAAASA/Tup_QWcvDu4/s320/DSCN4626.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5265695560048190882" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Rozkładając się na sali gimnastycznej, poruszałem się jak w zwolnionym tempie. Każdy ruch był źródłem rozpaczy dla obolałych mięśni. Najgorzej przedstawiała się sytuacja stóp – pod wpływem wilgoci kilka warstw naskórka zmarszczyło się i zaczynało oddzielać się od reszty ciała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po prowizorycznym opanowaniu rozlanego w plecaku mleka z tubki udałem się umyć ręce, a następnie na obiad, złożony z tradycyjnej grochówki z kawałkiem gotowanej kiełbachy. Całą drogę marzyłem o gorącej, posłodzonej herbacie, jednak odpuściłem sobie, gdy do stołówki wparowała chmara rozwrzeszczanych gimnazjalistów (skąd oni się tam wzięli w sobotę rano?!).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyruszyłem w dalszą drogę przed jedenastą. Nie czułem jakichś poważnych oporów, jedynym wyzwaniem było ponowne założenie przemoczonych, oblepionych błotem i trawą butów. Idąc na kolejny punkt, mijałem uczestników zdążających dopiero na koniec pętli. Życzyłem smacznego obiadu, a na pytania, czy robię drugą pętlę, zaprzeczałem mówiąc, że zgubiłem coś w lesie i teraz muszę się tam wrócić ;-D&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Droga wiodła wśród pól – oczywiście, nie obyło się bez błądzenia, jednak szybko wróciłem na właściwy tor, tym łatwiej, że punkt nr 9, znajdował się przy dość sporym Jeziorze Kamienieckim, doskonale widocznym ze wzniesień, na których byłem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SROB3PLWLDI/AAAAAAAAAR4/EfPe6jVli0M/s1600-h/DSCN4633.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SROB3PLWLDI/AAAAAAAAAR4/EfPe6jVli0M/s320/DSCN4633.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5265695175293152306" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Z kalkulacji wynikało, że utrzymując spacerowe tempo, które było w tym momencie maksimum moich możliwości, zdołam dotrzeć na 80. kilometr – i taki cel sobie postawiłem. Trasa na mapie wyglądała bardzo przejrzyście – zdawało się, że już nic ciekawego mnie nie spotka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po drodze, już za dziewiątką, wstąpiłem do wiejskiego sklepu, w którym sprzedawczyni plotkowała po kaszubsku ze starą babiną w chuście. Spytały mnie, o co chodzi z tym całym rajdem – widziały już dziesiątki dziwnie ubranych ludzi z czołówkami, plecakami i na rowerach, mijającymi ich w drodze do pracy. Zrobiło na nich spore wrażenie, gdy powiedziałem, na czym polega cała impreza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Idąc na dziesiątkę kierowałem się dokładnie według założeń, które sobie ustaliłem. Niestety, mapa nie uwzględnia, że niektóre drogi przechodzą przez posesje opatrzone tabliczką „Teren prywatny. Wstęp wzbroniony!”. Niespecjalnie się tym przejąłem, jednak autor map musiał respektować tego typu ostrzeżenia, gdyż to, co działo się z drogami na tak zwanym „terenie prywatnym”, kompletnie nie zgadzało się z tym, co pokazywała mapa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wkrótce byłem zmuszony wypytywać o drogę do najbliższej miejscowości – Łyśniewa. Wieś owa wyłoniła się ze strony, z której w życiu bym się jej nie spodziewał. Od niej do skraju lasu, w którym znajdował się punkt 10, prowadziło kilka kilometrów utwardzonej szosy. Przebyłem je bez sensacji, przyjemnie zaskoczony tym, jak szybko się przemieszczam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;U wejścia do lasu spotkałem drwali, którzy wskazali mi kierunek, jakim podążyli uczestnicy będący w tym  miejscu przede mną. Droga do punktu wydawała się łatwa i przyjemna – wystarczyło cały czas trzymać się głównej, leśniej drogi i unikać wchodzenia w przecinki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzeczywistość jest jednak nieco bardziej złożona od mapowej fikcji. W przypadku tego akurat lasu mapa pokazywała jakieś 10% wszystkich dróg, które istniały w realnym świecie – i żadna z tych dróg nie sprawiała wrażenia mniej znaczącej od tej ukazanej na mapie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tu zaczęło się błądzenie, które przekreśliło szansę na 80. kilometr. Po trzech godzinach, które upłynęły mi na skanowaniu terenu w te i nazad, postanowiłem wreszcie zatrzymać się, pozwolić igle kompasu, by całkiem znieruchomiała, i zorientować się, gdzie właściwie jestem. Wcześniej, z czystego lenistwa, sugerowałem się położeniem zachodzącego słońca – wiedziałem oczywiście, że nie wyznacza ono ściśle kierunku zachodniego, i brałem zgrubną poprawkę, nie zastanawiając się specjalnie nad miarą kąta stanowiącego różnicę. W ten sposób zboczyłem na północ i tam tłukłem się po całym lesie, święcie przekonany, że słyszę rozmowy uczestników dochodzące z punktu (oczywiście, co wiem już teraz, dźwięki generowane były przez okoliczne wioski, szczególnie przez szczekające psy – i odgłosy te po wielokrotnym odbiciu i rozproszeniu ulegają tak znacznemu zniekształceniu, że można dowolnie interpretować zarówno ich źródło, jak i kierunek, z którego dochodzą).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uratował mnie pewien harpaganowy weteran, który zwrócił moją uwagę na przecinkę subtelnie wyłaniającą się wśród koron drzew. Ponieważ wiodła ona na południe, i to południe wskazywane przez kompas, ruszyłem nią bez dłuższego wahania. Niestety, nie udało mi się przekonać harpaganowca, że w rzeczywistości jesteśmy daleko na północy. Mam nadzieję, że po jakimś czasie sam do tego doszedł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja w każdym razie waliłem prosto, desperacko i nieubłaganie. Po kilku kilometrach punkt nr 10 wyłonił mi się przed samym nosem. Jednocześnie ze mną dotarła tam grupa rowerzystów – wszyscy, podobnie jak ja, wściekli jak diabli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy już wiedziałem, gdzie dokładnie jestem, wyjście z lasu przez wioskę i na szosę nie stanowiło problemu. Po wymianie baterii czołówka z nową mocą rozgoniła zapadający zmrok. Idąc, a w zasadzie wlokąc się poboczem szosy, spotkałem dwóch panów, Kazimierza i Zbigniewa, którzy również mieli za sobą dziesiątkę, ale o dziwo nie byli pewni, gdzie są. Pokazałem im więc na mapie naszą lokalizację, poczym ustaliliśmy, że razem dojdziemy na punkt 11 – siedemdziesiąty trzeci kilometr.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wydawało mi się, że mamy mnóstwo czasu i nie trzeba się spieszyć, toteż zaskoczyła mnie sugestia towarzyszy, że konieczne jest tempo 5km/h. Zrozumiałem, gdy powiedzieli mi, która jest godzina – mój zegarek spóźniał się o ponad 45 minut.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I znów rozpoczęła się droga przez mękę. Po kilku minutach marszu z szybkością 5km/h odezwało się wszystko, co tylko mogło: nadwyrężone mięśnie, ścięgna w kolanach, odchodzący od stóp naskórek, a nawet kości, które miały już dość pulsującego obciążenia. Dało o sobie znać zmęczenie,  wynikłe z ponad dwudziestogodzinnego wysiłku. Miałem wrażenie, że rozsypię się w pył przy podmuchu przemykających aut, a ich oślepiające światła przepalą mnie na wylot.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mimo to maszerowałem, dotrzymując kroku panom Zbyszkowi i Kazimierzowi, zaskakując sam siebie wysiłkiem woli, który podejmowałem, aby odciąć się od piekielnego bólu. Na szczęście moi nowi towarzysze dodawali mi otuchy, i kiedy już zbliżaliśmy się do punktu i zacząłem zostawać w tyle - poczekali na mnie, aby wspólnie poszukać jedenastki. Chwała im za to, bo gdyby nie oni, w życiu nie dotarłbym do tego punktu – tym bardziej, że jego umiejscowienie było wyjątkowo perfidne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zgodnie z opisem, punkt nr 11 miał leżeć „na skraju lasu, przy oczku wodnym”. Znaleźliśmy się w miejscu, które zdawało się zgadzać zarówno z opisem, jak i lokalizacją punktu na mapie. Po lewej stronie mieliśmy pole, a na nim wielgachną kałużę, po prawej skraj lasu, który przemierzyliśmy bez efektu tam i z powrotem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdezorientowani, ujrzeliśmy w drodze powrotnej światło latarki, dochodzące ze środka lasu. Ruszyliśmy w jego stronę, przedzierając się przez gęsto rosnące młode drzewka. Odbiłem nieco w lewo, trafiając na zarośnięte koleiny jakiejś drogi. Okazało się, że leżał na niej punkt – otoczony ze wszystkich stron lasem. Aby jeszcze dokładniej zweryfikować zgodność położenia punktu z opisem, spytaliśmy się o oczko wodne. Okazało się, że jest gdzieś obok, w lesie... było już całkiem ciemno, więc nawet go nie widziałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Usiadłem na pieńku, mając cichą nadzieję, że zostanę zawieziony do bazy rajdu razem z ekipą punktu. W czasie, gdy odpoczywałem, chłopak pilnujący punktu żartował, że słyszał już wielu uczestników przechodzących obok, ale żaden z nich jakoś nie chciał tu zajrzeć. Dobrze, że nad nami się zlitował i dał sygnał latarką.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moi towarzysze stwierdzili, że wracają do bazy. Już miałem się z nimi pożegnać, kiedy punktowy poinformował mnie, że w samochodzie może nie wystarczyć dla mnie miejsca. Zdecydowałem, że dojdę wraz z panem Zbyszkiem i Kazimierzem do szosy, a następnie złapię stopa do Sierakowic.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wstając na nogi czułem się jak ostatni kaleka. Przy każdym kroku fala potwornego bólu przetaczała się przez mięśnie i stawy. Mogłem poruszać się wyłącznie po idealnie poziomym terenie – znaczniejsze ugięcie nóg było torturą nie do zniesienia. Oczywiście, teren nie był idealnie poziomy – musiałem zejść w dół i zeskoczyć na drogę. Przynajmniej skończyła się presja. Nareszcie nie trzeba było się śpieszyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odległość do Sierakowic wynosiła około 7,5km. Moi towarzysze postanowili, że dotrą tam z buta – według ich GPS-a przeszli ponad 92km, więc po powrocie do bazy będą mieć na liczniku prawie dokładnie setkę. Zacząłem się zastanawiać... Z jednej strony ból i zmęczenie odbierały mi przytomność, z drugiej chciałem maksymalnie wykorzystać ten rajd. I tak oto ruszyłem dalej - na piechotę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mniej więcej w połowie natrafiliśmy na przystanek autobusowy. Z rozkładu wynikało, że nie ma już żadnego autobusu do Sierakowic. Usiadłem na chwilę, mówiąc towarzyszom wędrówki, że złapię stopa i zobaczymy się na miejscu. Byli jednak zaniepokojeni – widzieli, w jakim jestem stanie. Gdyby nie udało mi się złapać stopa, byłbym skazany na spędzenie nocy na przystanku. Pytali, czy mam numer do kogoś spośród organizatorów, proponowali, żebym w razie czego zadzwonił po pomoc. Tak się złożyło, że nie miałem komórki. Jeden z panów chciał mi pożyczyć swoją. Tego było już za wiele. W końcu zrobiło mi się głupio, wstałem i poszliśmy dalej, podwajając tempo. Jakiś kilometr dalej minął nas autobus do Sierakowic. Próbowaliśmy nieśmiale go zatrzymać... ale gdzie tam, zdawało się, że na nasz widok kierowca jeszcze dodał gazu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SROAAv9xNZI/AAAAAAAAARo/YVtTXH1_yvc/s1600-h/DSCN4639.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SROAAv9xNZI/AAAAAAAAARo/YVtTXH1_yvc/s320/DSCN4639.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5265693139690141074" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Ostatecznie dotarłem do Sierakowic o własnych siłach. Mniej więcej w centrum miejscowości dopadli nas pełni podziwu mieszkańcy, pytając o trasę. Przyjmowaliśmy gratulacje, pokazywaliśmy mapy... a wszystko to przy świetle lamp ulicznych, około pół do dziesiątej w nocy.&lt;br /&gt;Po odebraniu plecaka z karimatą i śpiworem z przechowalni udałem się na salę gimnastyczną. Było już znacznie luźniej, pozostała może jedna trzecia uczestników. Widziałem to wszystko jak przez mgłę. Bardzo powoli rozłożyłem karimatę, następnie usiadłem i przystąpiłem do straszliwie bolesnej czynności zdejmowania butów. Potem założyłem czyste, suche skarpetki. Nie czułem żadnej ulgi, nie czułem nic... taki stan krytyczny. Położyłem się, kładąc głowę na śpiworze, otworzyłem jedną z ostatnich czekolad i powoli dostarczałem sobie kostkę za kostką, jak kroplówkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wkrótce nadeszła pora uroczystego wręczenia nagród. Na trasie pieszej mieliśmy tym razem 26 Harpaganów, dwóch najszybszych pokonało 100km w czasie 16 godzin i 26 minut (w pierwszej chwili czas podano niewyraźnie i wszyscy usłyszeliśmy „13 godzin i 26 minut” – zaszumiało na całej sali...). Podciągnąłem się na łokciach, żeby okazać minimum zainteresowania, biłem nawet brawo, gdy kolejni Harpagani odbierali tytuły.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzeba przyznać, że na tym rajdzie zdobycie tytułu było wykonalne – przynajmniej pierwszych 11 punktów nie było ukrytych do tego stopnia, żeby nie dało się ich znaleźć w rozsądnym czasie. W poprzedniej edycji punkt nr 10 ukryto w jakimś jarze w środku lasu, tak że niektórzy szukali go całymi godzinami, będąc naprawdę blisko, a niektórzy, jak ja, nie znaleźli go w ogóle.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy uroczystość dobiegła końca, postanowiłem chwilę się zdrzemnąć. Obudziłem się półtorej godziny później, około północy. Światło na sali było zgaszone. Poruszając się jak we śnie, rozłożyłem śpiwór, zrobiłem prowizoryczny porządek z rzeczami wokół siebie i ruszyłem posuwistym krokiem w kierunku łazienki, żeby umyć zęby. W moim mózgu działy się dziwne rzeczy. Wszystko, co rejestrowałem za pomocą zmysłów, przyjmowało formę twierdzeń matematycznych, dowodów nie wprost i tautologii logicznych. Stwierdziłem, że znajduję się w samym środku jakiejś fazy i najbezpieczniej będzie jak najszybciej powrócić do niebytu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rano budziłem się wielokrotnie, między piątą na ósmą. W międzyczasie dzwonił budzik, który nastawiłem sobie na 7:30, ale jego akurat nie słyszałem. Autobus do Gdańska miałem o 10:15. Musiałem jedynie dotrzeć do przystanku, który był w centrum Sierakowic. Pozbierałem się, przemogłem skrajną niechęć do brudnych i wciąż mokrych butów i wyruszyłem. Przed wyjściem pożegnałem się z panem Kazimierzem i Zbyszkiem, dziękując za ich wsparcie. Gdyby nie oni, skończyłbym z mizernym rezultatem 67km, a tak udało się przekroczyć siedemdziesiątkę – „honorowe minimum”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Większość uczestników, w tym mnie, dopadł tzw. syndrom robota, polegający na tym, że na skutek nadwyrężenia mięśni i ścięgien człowiek porusza się niczym humanoidalny robot japońskiej produkcji. Takim właśnie, poziomym krokiem, przemieściłem się na przystanek, osiągając nawet nie najgorsze tempo. Wciąż czułem ból w klatce piersiowej – efekt ogromnego wysiłku, który brutalnie rozciągnął płuca i serce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Naprzeciwko przystanku znajdował się kościół. Zobaczyłem, że ludzie schodzą się na Mszę świętą. Zależało mi na tym, aby nie zaniedbać niedzieli. W planach miałem udać się do Dominikanów we Wrocławiu, na Mszę o godzinie 21:30... ale czułem, że mogę tego nie przeżyć. Msza tutaj miała się zacząć o 9:30. Spytałem jednej pani, ile zazwyczaj trwa. Odrzekła, że okrągłą godzinę – czyli skończy się kwadrans po odjeździe mojego jedynego autobusu. Mimo to zaryzykowałem – i Bóg nie pozostał obojętny. Msza trwała dokładnie 45 minut – udało mi się powstrzymać przed ucieczką w trakcie niemiłosiernie długich ogłoszeń i zostać jeszcze na błogosławieństwo. Autobus przyjechał minutę po tym, jak wróciłem na przystanek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SROAPSWKe1I/AAAAAAAAARw/iqnbBJIY5Lc/s1600-h/DSCN4662.JPG"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SROAPSWKe1I/AAAAAAAAARw/iqnbBJIY5Lc/s320/DSCN4662.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5265693389437434706" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;I tu dochodzę do momentu, w którym zacząłem spisywać tę relację. Dodam tylko, że później, już w pociągu spotkałem dwóch innych uczestników – podzieliliśmy się wrażeniami, przeanalizowaliśmy trasę. Przy okazji zrobiliśmy wrażenie na innych pasażerach – z jakiegoś powodu Harpagan, gdy się o nim mówi, budzi powszechne zdumienie i podziw ;-)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aby zakończyć opowieść, dodam, że po powrocie do domu rzuciłem się w objęcia snu, a następnego dnia, w poniedziałek, wybrałem się na zajęcia laboratoryjne, na których męczyłem się od 7:30 do 13:00 (a później był jeszcze wykład do 15:00 – jakoś na nim nie zasnąłem). To się nazywa hardkorowy maraton...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatecznie zająłem 73 miejsce. Przeszedłem 73 kilometry w 22 godziny i 14 minut... W rzeczywistości było tych kilometrów znacznie więcej. Ile dokładnie – trudno powiedzieć. Przeciętny współczynnik błądzenia („współczynnik załamania trasy”) na Harpaganie wynosi 1,15-1,2 – przez tyle conajmniej należy pomnożyć swój rezultat, i jeszcze dodać do tego odległość z ostatniego punktu do bazy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale to dla tych, którzy chcą się z czegoś usprawiedliwiać, albo dać pożywkę swojemu samozadowoleniu... Dla mnie liczą się 73 kilometry – i z tego wyniku jestem naprawdę dumny. To oczywiście nic w porównaniu z satysfakcją, jaką dało pokonywanie własnych słabości. Może brzmi to banalnie... jednak w przetrwaniu kilkunastu godzin bólu, którego normalnie nie da się wytrzymać dłużej niż parę minut, nie ma nic banalnego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziękuję Bogu za to, że stworzył mnie sprawnym fizycznie i dał możliwość przeżycia czegoś takiego. To doświadczenie, które zmienia człowieka. Na nic bym tego nie zamienił.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;RK&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;______________________________&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Update:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po dwóch latach udało się wreszcie odnieść sukces: na Harpaganie-40, razem z kolegą Sajmonem pokonaliśmy 100 km w rewelacyjnym czasie 18 godzin i 34 minut. Trasa była wyjątkowo łatwa, pogoda sprzyjająca, a nasza kondycja - na najwyższym poziomie. Przez cały poprzedni rok intensywnie trenowałem. Mieszkając w Paryżu, obiegałem całe miasto średnio raz w miesiącu (33-kilometrowa pętla), z kolei podczas pobytu w Houston biegałem wokół campusu Rice University, osiągając czasy rzędu 2.5 h na dystansie 28 km. W międzyczasie zrobiłem sobie kilka hardkorowych wycieczek, jak opisana na tym blogu przebieżka z Paryża nad kanał La Manche: 190 km w 47 h, oraz spacerek przez pustynię w stanie Nevada: 218 km w czasie 97 h. W porównaniu z tym Harpagan wydaje się teraz drobnostką. Czas stawić czoła nowym wyzwaniom.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6113975959707210351-2460051851270954483?l=radoslavkolkowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://radoslavkolkowski.blogspot.com/feeds/2460051851270954483/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6113975959707210351&amp;postID=2460051851270954483' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6113975959707210351/posts/default/2460051851270954483'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6113975959707210351/posts/default/2460051851270954483'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://radoslavkolkowski.blogspot.com/2008/11/witam-na-wstpie-zaznacz-e-do-tego.html' title='Harpagan-36'/><author><name>Radek_K</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12883558453356922495</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_njDd4OvMxfE/SRN-SFWuVwI/AAAAAAAAARA/OxPiQTDws94/s72-c/DSCN4572.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry></feed>
